powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu ZIMNYCH historyjek

Kolejna wyprawa zimowa. Taka nasza tradycja, żeby choć na kilka dni pojechać w góry i zobaczyć jak śnieg wygląda. Góry wzywały, ale mi nie uśmiechało się spędzić znów 3/4 doby w środkach transportu zbiorowego. Po krótkich poszukiwaniach okazało się, że zamiast pie----ć się pociągiem przez jedenaście godzin, do Sanoka można dotrzeć autobusem w dziewięć i pół. Na dodatek istnieje dużo dogodniejsze dalsze połączenie i oszczędza się kolejne dwie-trzy godziny.

Zatem po siódmej wieczorem na Warszawie Zachodniej oczekiwali już na mnie Albert z Markiem. Dziwnie było pakować do plecaka czapkę, rękawiczki, ochraniacze... W całym kraju było ciepło, na tyle ciepło, że trudno było wierzyć kamerce w Lutowiskach i codziennemu zdjęciu z Jawor(z)ca, że tam naprawdę jest śnieg. Dyskutowaliśmy o tym równie zażarcie, co bezowocnie w niesamowicie nagrzanym autobusie. Kierowca uznał, że najlepsza temperatura do spania, to koło 25 stopni. Równie zaskakujące były dla mnie odwiedziny w Lublinie. Czy to jest po drodze? Może...

Sanok o godzinie 5:37, z temperaturą (na nowym wyświetlaczu na dworcu PKS) 5,2 stopnia Celsjusza na plusie jawił nam się absurdalnie. Mieliśmy wręcz pewien niedosyt podróży - pociąg dojeżdża tu dopiero koło 8 rano. Po niepełnej godzinie snucia się po peronach doczekaliśmy autobusu. Po paru kilometrach tradycyjna pętelka przed dworcem w Zagórzu. Ach, ileż to razy w tymże Zagórzu czekałem na autobus, który nie przyjeżdżał, bo miał komplet. Teraz było puściutko.

Pierwszy śnieg zobaczyliśmy pokonawszy serpentyny między Zagórzem a Leskiem. Nie było go za wiele a i tak dziwnie wyglądał w tak ciepłym styczniu. Na nowo rozgorzała dyskusja - "będzie śnieg ili niet?". Za Baligrodem było już jasne, że będzie. W Cisnej wysiedliśmy na zlodowaciały, wymieszany z popiołem, śnieg pokrywający chodniki. Poszliśmy do knajpy coś zjeść, czegoś się napić. Oczekując na herbatkę (co trzeci na placki po bieszczadzku), dziwiliśmy się, że jesteśmy w górach przed ósmą rano, a nie po pierwszej po południu - jak to zwykle bywało. Niech żyje komunikacja autobusowa!

Najedzeni, napici, trochę niewyspani, ale zadowoleni z życia ruszyliśmy...

Mapa z zaznaczoną trasą

... najpierw powoli, jak żółw ociężale, po asfalcie do Dołżycy. Minęliśmy po drodze stację benzynową. Jako, że już lat i doświadczeń mamy trochę za sobą, wspomnieliśmy, Mirka, który kiedyś kupował tu dużą butelkę pewnego imperialistycznego napoju. Tak na marginesie, to wydaje mi się, że ta mała stacja benzynowa, czynna w godzinach podobnych do urzędowania sklepu spożywczego, jest najdalej na południe wysuniętą placówką tego typu w naszym, jakże pięknym kraju.

Spierając się zarówno o dystans jak i o czas dotarcia do Dołżycy - dotarliśmy do Dołżycy. Pierwszy szlak powitał nas pięknym śniegiem. Wbrew obawom nie było breji, błota.

Pierwszy śnieg na szlaku

Lubię Falową. To góra trochę na uboczu, mało kto na nią zawija. Szczyt ma porośnięty lasem, a jednocześnie wychodzi tu trochę skałek. Jest dość stroma, jak na Bieszczady. Nieopodal szczytu, od strony wschodniej, jest ciekawe zagłębienie, przypominające krater - szlak przechodzi przez sam środek, nie sposób nie zauważyć kilkumetrowej wysokości skał od trzech stron. Polecam to miejsce.

Zimą było mniej nastrojowo. Za to ostre podejścia pozwoliły nam się nieźle rozgrzać.

Droga na Falową

Na dodatek, nie zawsze szliśmy ścieżką, szlakiem. Zresztą, cóż za różnica, skoro i tak od ostatnich opadów śniegu nikt tędy nie szedł. Czasem było po łydki, czasem po kolana, a bywało i wyżej. Trzeba było założyć ochraniacze.

Pnie drzew z wbitym przez wiatr śniegiem, przypominały mi grzbiety skunksów.

Las jak skunks

Popołudniem dotarliśmy do schroniska w Jawor(z)cu. Zapewne już nie raz, droga, wnikliwa Czytelniczko, drogi, wnikliwy Czytelniku, przeczytaliście, że bardzo lubię to schronisko. Może będę nudny, ale napiszę to jeszcze raz - lubię odwiedzać Jawor(z)ec (wytłumaczenie dziwnej pisowni znajduje się w historyjce trzeciej). Pochwalę się - dostąpiłem zaszczytu uściśnięcia dłoni pięknej Szefowej. I udało mi się zamówić dla nas pokój od strony doliny, z takim oryginalnym, trójkątnym oknem. Każdy dostał dla siebie piętrowe łóżko, zatem nie dość, że można było wybierać gdzie się śpi, to jeszcze pozostawało drugie wyrko do robienia bałaganu.

Zeżarliśmy ostatnie dwie fasolki po betoniarsku (nie uzupełnione pustki po sylwestrze) i bigos, popiliśmy piwkiem. Panowie jakoś się trzymali, a ja siedziałem i zasypiałem. Wrednie śmiali się ze mnie gdy głowa mi opadała. No i o ósmej leżeliśmy już w śpiworkach, najedzeni, z umytymi ząbkami, wysi... (eee, nieważne).

Marek obudził nas skoro świt stękaniem przy wciskaniu śpiwora w przymały worek. Zawsze ma kłopot ze śpiworem, a nowego worka nie wydębi od mamy czy żony. Grubo przed ósmą rano, spakowani, ubrani, z umytymi ząbkami, wysi... (eee, nieważne), siedzieliśmy na stołówce. Zgodnie z umową, wrzątek już na nas czekał.

Zjadłszy, napiwszy się, naparzywszy herbaty na drogę i ubrawszy się - wyszliśmy w góry. Obraliśmy kurs na Przełęcz Orłowicza, tak trochę nielegalnie zawijając po drodze na Smerek. Latem, to trasa na góra trzy godziny. Wbrew moim oczekiwaniom, tego szlaku też nikt przed nami nie przetarł. Szybko okazało się, że w tak pięknych okolicznościach przyrody, pochodzimy sobie trochę dłużej. Słoneczko wyszło, co zdecydowanie umiliło nam marsz.

Marek i Artur

Jeszcze koło schroniska przypałętał się do nas mały piesek. Czarny, na krótkich nóżkach, nieszczególnie wydarzony pyszczek - takie brzydactwo, że aż sympatyczny. Schyliłem się, by go pogłaskać. Bał się, ale chęć bycia pogłaskanym zwyciężyła. Od tego momentu towarzyszył nam. Szedł dziarsko na przodzie. Było to trochę denerwujące gdy myśmy brnęli w śniegu, a on na tych swoich krótkich łapkach, cały czas trzymał się na lekko zlodowaciałej wierzchniej warstwie. I jeszcze miał siłę węszyć to tu, to tam, wciąż wracając przed szereg. Gdy śnieg stał się głębszy i bardziej puszysty, nie dał rady. Niezmiernie zabawnie wyglądało, gdy skakał trop w trop za Markiem. Wtedy Albert się z nim rozprawił i w paru żołnierskich słowach wytłumaczył, że ma wracać. Ze spuszczonym ogonkiem oddalił się - piesek, bo Albert dzielnie szedł z nami dalej.

Przyszła kolej na mnie. Szedłem na przodzie, przecierałem i wytyczałem szlak. Przy tak pięknym słoneczku, nie zwracałem zbytniej uwagi na oznaczenia. Marek, zawsze się na mnie denerwuje, gdy idę pierwszy i wyprowadzam w pole. Tak oczywiście było i tym razem. No ale czy to pole, w które wyprowadziłem wycieczkę, nie było piękne?

Okolice Krysowej

Droga na Smerek jest dość długa, ale urozmaicona. Tu stare, wielkie, porozgałęziane buki, tam polanki, gdzieniegdzie nawet widoki. Niby świeciło słońce, ale cały czas coś dziwnie huczało. Nie wiem czemu, nie połączyłem tego huczenia z chmurami kłębiącymi się nad szczytem.

Polana przed Smerekiem

Sielanka po prostu.

Polana przed Smerekiem

Droga weszła w kolejny, zaskunksiony las. Wyglądało to po prostu nieprawdopodobnie. W jedną stronę widać było pnie z białym paskiem - las wydawał się jasny, radosny. W przeciwną, pnie były ciemne, smutne. Jakby kompletnie inny las, taki pusty, zimowy, śpiący.

Podejście zrobiło się dość ostre. Przystanęliśmy na małe conieco. Las się kończył, huk wiatru narastał, śnieg robił się coraz głębszy - wiadomo było, że na górze nie da się przystanąć na posiłek.
Stoimy, wcinamy czekoladę i pasztet (co kto miał, a nie na raz), popijamy herbatą i kawą (jak poprzednio), a tu idą ludzie. Zdziwiło nas to niezmiernie, gdyż nie spodziewaliśmy się w tych okolicach nikogo. Tym bardziej, że nie szliśmy już żadnym szlakiem. Przypadek nie był aż tak dziwny, bo wspomniani ludzie, jak się wkrótce okazało kobiety, szły naszymi śladami. Bez plecaków, po przetartej drodze były w stanie nas dogonić. Mimo, że przez tyle czasu korzystały z naszego przedeptania, nie były rozmowne. Może mieliśmy zbyt wysoką średnią wieku? Ruszyły w górę śladami Marka. Tyle, że on poszedł tylko kawałek do najbliższego drzewa i tylko na chwilę, żeby... no wiesz... Wróciły te dwa kroki i zaczęły nam przecierać szlak.

Kilka minut później ruszyliśmy i my. Za chwilę skończył się las, a zaczął prawdziwy, nawiany śnieg. Parę śladów, zasługa wspomnianych pań, niewiele nam pomogło. Nas - prawdziwych twardzieli, zaraz za drzewkiem pognało w górę, w chmury i mróz, przeciw zaspom i wiatrowi, przeciw żywiołom i naturze.

Nad granicą lasu

Pomysł był taki, że śnieg, nie aż tak wielki, jak na tę porę roku, powinien być rozwiany albo zlodowacony po nawietrznej stronie grzbietu. Żeby tam dotrzeć, trzeba się było przekopać przez śnieg nawiany na zawietrznej - głęboki i puszysty. Długo brnęliśmy w jagodzinach przykrytych puchem. Parę razy trzeba było wycofać się kilka kroków, by atakować podejście z trochę innego miejsca - nie da się iść gdy śnieg sięga pod biust. Za pierwszym grzbietem ukazał się drugi, za drugim trzeci... i tak parę razy. Im byliśmy wyżej, tym silniejszy wiał wiatr. Najgorzej było przy samej krawędzi grzbietu. Śnieg najgłębszy a podmuchy wiatru spychały do tyłu, gdy coraz więcej wystawało się z zacisznego zagłębienia. Cel był jasny - iść w górę, zatem nie przeszkadzały otaczające nas zewsząd chmury, które tylko raz na jakiś czas pozwalały się rozejrzeć. Ostatnie zagłębienie, ostatni grzbiet i... oto jesteśmy na Smereku.

Krzyż na Smereku

Kurcze, ale tam wiało! Nie wiem jak Albert to zrobił, że ma zdjęcie a łapy mu nie odmarzły. Trzeba się było drzeć do siebie, jeśli odległość była większa niż pół metra - przynajmniej, jeśli chciało się, żeby ten drugi zrozumiał o co chodzi.

Tutaj przyszło pewne rozczarowanie. Całe to brnięcie na Smerek miało na celu, dotarcie do wywianego, zlodowaciałego śniegu. Owszem, czasem śnieg był wywiany i z wielkim zdziwieniem stąpaliśmy, odzwyczajeni nieco, po twardym gruncie. Ale równie często było nawiane. Na dodatek brak widoczności uniemożliwiał nam sprawne poruszanie się w kierunku przełęczy. Idę za Markiem i kombinuję: Jak doleźć do schroniska?! Przecież z przełęczy to latem dobre 2 godziny! Marek, widać ma jeszcze siły, ja może i dojdę, ale nie mam już sił, żeby przecierać szlak... a to źle, bo przecież trzeba się zmieniać na froncie prac, na przodku. Albert już dawno idzie z tyłu pod pretekstem robienia zdjęć. Jest koło trzeciej. W tym tempie dotrzemy na miejsce za minimum 4 godziny, może nawet za 6. Czyli najwcześniej na dobranockę. A tam nie ma telewizora! No i latarń po drodze też brak. I pewnie nikt nie odśnieża... Oj, trza uciekać na dół. Mam dość tego piep----ego śniegu, wiatru, zimna. Jestem zmęczony. Mordę mi przewiało za wszystkie czasy. CO MNIE TU K---A W OGÓLE ZAGNAŁO?!

Po czasie zdecydowanie dłuższym niż spodziewany, wyłonił się drogowskaz na Przełęczy Orłowicza.

Drogowskazy na Przełęczy Orłowicza

Przystanęliśmy na chwilę. Nie było gdzie się schować. Pewną ochronę, raczej pozorną, stwarzały wystające kamienie. Przycupnęliśmy za nimi wydłubawszy z plecaków termosy i czekoladę. Marek zaczął do mnie krzyczeć. Okazało się, że tak jak mnie, nie bardzo pociągała go dalsza wędrówka. Gdy dotarł do nas Albert, w jego twarzy również nie dostrzegłem entuzjazmu piechura. Nawet nie kupił mojego głupiego dowcipu o dalszej drodze.

Ręce pozbawione rękawiczek, ciało pozbawione ruchu, plecy pozbawione plecaka - wszystko marzło.

Marek i Artur na Przełęczy Orłowicza

Skręciliśmy w dół, do Wetliny. Po paru metrach wiatr ustąpił. Póki co, zgodnie szliśmy w czapkach, kapturach, rękawiczkach. Ręce zrobiły się sprawne dopiero po pewnym czasie. Poniżej chmur, zaczęło nam przyświecać zachodzące słoneczko.

Zachód słońca nad Wetliną

Szliśmy tak sobie i tajaliśmy. Powoli zaczęliśmy zdejmować nadmiarowe odzienie. Powróciły rozmowy. Najwyraźniej ktoś dotarł od Wetliny na przełęcz, zatem szlak był lekko przetarty, a co najważniejsze, dzięki śladom nie trzeba było szukać drogi między drzewami. Wiatr został w górze i huczał.

Szedłem tak sobie i myślałem, myślałem i szedłem... W sumie droga z Wetliny na przełęcz będzie wydeptana dość mocno. Gdybyśmy rano ruszyli, to na przełęczy będziemy dużo wcześniej niż dziś. Jeśli śnieg nie będzie padał nocą, to można by się pokusić...

Zakomunikowałem pomysł chłopakom. Trzeba jednak mieć narobione pod czaszką. Pół godziny po tym, kiedy zmykaliśmy w dół, zanim zdążyliśmy odpocząć po dość ciężkim dniu, zanim cokolwiek zjedliśmy, zanim rozgrzaliśmy się - zgodnie stwierdziliśmy, że rano ponawiamy atak na połoninę.

Do Wetliny dotarliśmy w godzinkę, może trochę dłużej. Pod koniec prowadziłem ja. Czy muszę dodawać, że do szosy dotarliśmy jakąś inną uliczką, niż schodzi szlak?

Lokum znaleźliśmy w znajomej agroturystyce, nieopodal zejścia ze szlaku. Na górze trochę nas martwiło, że wieczór w schronisku spędzilibyśmy przy herbacie. Odprężeni poszliśmy do sklepu po wino. Pan zapytał, czy reflektujemy na tanie, bieszczadzkie, czy na jakieś lepsze. Oczywiście nie szukaliśmy niczego lepszego. Kupiliśmy trochę więcej szlachetnego trunku, żeby jutro donieść coś na połoninę.

No i pojawił się problem. Nie raz za dużo myślę i tym razem też chyba tak było. Otóż rano, gdy płaciliśmy za nocleg w Jawor(z)cu, poprosili nas o dowody. Trochę się przeciwstawiałem, więc wytłumaczyli mi, że przepis taki i że to też dla bezpieczeństwa. Rozmawiałem z nimi, że idziemy na Wetlińską. Jeśli byli tak troskliwi, by powiadomić GOPR-owców, to faceci będą rozczarowani, gdy nie dotrzemy. A nie dotrzemy, bo jesteśmy na dole. Będą łazić pół nocy po połoninie i nas szukać, a potem w Wiadomościach usłyszymy o nieodpowiedzialnych turystach z Warszawy. Ino, że myśmy nic nie mówili, żeby nas eskortować. Więcej, mieliśmy ze sobą jedzenie, termosy, śpiwory - myślę, że dalibyśmy radę jakoś przeżyć noc w górach. Ale jak byli troskliwi? Poszliśmy do nadleśnictwa. Pan stwierdził, że nie mają łączności na częstotliwości GOPR-u i że nam nie pomoże. Wróciliśmy na kwaterę. Wyciągnąłem komórkę, włączyłem. Po pierwsze - rewelacyjne pole, po drugie - w pamięci (komórki, bo przecież nie mojej) znalazłem numer do Jawor(z)ca. Nadałem smsa (na którego nawet nie odpowiedzieli) i już całkiem spokojnie przystąpiłem do prysznica, konsumpcji wina "Byk" i na koniec - snu.

Prześcieradło w kwiatuszki, dobrze nagrzane centralne oraz doskonała cisza sprawiły, że obudziłem się wypoczęty jak młody bóg. Marek już od pewnego czasu pakował śpiwór. Gdy wyszliśmy w trasę, słońce powoli się przebijało. Ponieważ, zgodnie z oczekiwaniami, śnieg nie spadł, ruszyliśmy przetartym wczoraj szlakiem. Szło się miło, w pogaduszkach, nawet zrobiło nam się dość ciepło. Mróz trzymał, wiatr w dolinach nie wiał, śnieg skrywał drzewa. Podobno, pod gałęziami sypiają misie. My się ich baliśmy, na palcach chodziliśmy, bo jak się zbudzą to nas zją.

Młode świerki zasypane śniegiem

Latem, szlak ten jest niezmiernie często pokonywany przez łikendowych turystów. Pewnie dla nich przy każdym kamyczku stawia się barierkę, nad każdym strumyczkiem, czy błotkiem robi się mostek, przy każdym bardziej stromym podejściu robi się umocnione drewniane schodki z poręczami. Może kiedyś pokażą mnie w telewizji z zasłoniętą twarzą, ze skutymi rękami prowadzonego przez dwóch silnych panów. Za co? - za rozwalanie tych paskudnych konstrukcji! Jak ktoś jedzie w Bieszczady, to w błocie ubabrać się musi - no chyba, że to zima.

Pozostawiwszy denerwujące mnie konstrukcje, na które trwoni pieniądze Bieszczadzki Park Narodowy, dotarliśmy na połoninę.

Płaskowyż Połoniny Wetlińskiej

Zimno było na tej snieżnej pustyni.

Wetlińska

Połoniny są bardzo urozmaicone: trochę skałek, gdzieniegdzie drzewa - tylko jakoś traw ani jagodzin nie było. Albert mógł podziwiać podśnieżną przyrodę w naszych śladach.

Wetlińska

Koło drzew śnieg jest najgłębszy. Brnęliśmy tam bardzo powoli, z mozołem, jak żółw ociężale. Tym bardziej, że Marek się zagrypił. Zamiast się dobrze napić, to wcinał te reklamowane w telewizji chemikalia, co go niezmiernie osłabiło. Pamiętajcie: telewizja kłamie!

Wetlińska

Było zimno, wiał dość ostry wiatr. Dobrze, że nie tak silny, jak na Smereku. Zadziwiająco rzeźbił, zamrażał i nabudowywał śnieg. W Andach powiedziałbym, że to zamarznięty pierzasty wąż. W Bieszczadach to chyba jednak zwykłe drzewo.

Upierzone śniegiem drzewo

Za tą przełęczą jest już schronisko, do którego szliśmy.

Przełęcz niedaleko schroniska na Wetlińskiej

Wiatr nie potrzebował szczególnego podłoża, by utworzyć genialne wzory. Nie chcę deprecjonować niczyich osiągnieć, ale nieskromnie zapytam, czy widzieliście tak piękne zdjęcia z arktycznych wypraw Kamińskiego?

Arktyczne Bieszczady

Skała z piórami.

Śnieżne pióra na skale

Parę kroków dalej otworzyła się przed nami piękna panorama z malutkim schroniskiem pośrodku. Jakże wielkie było nasze zdziwienie, gdy zza pagórka wyłonił się człowiek. Ciężko dyszał, zamiast plecaka miał deskę. Uradowany widokiem podszedlem i powitałem go. Okazało się, że był to narciarz... deskarz raczej. Nie miał zamiaru pokonywać naszej trasy. Odsapnął, poprosił o zdjęcie i pomknął na dół. Do śladu jego radosnego zjazdu dotarliśmy dobry kwadrans później. Na okolicznych szczycikach bawiło się kilkunastu ludzi na jednej bądź dwóch deskach. Dziwnie się tam czuliśmy - w porównaniu z nimi poruszaliśmy się jak muchy w smole.

Wpływ cywilizacji ludzkiej na naturę jest wielki. Przykro, gdy przejawia się opakowaniami po batonach rzucanymi przez wspomnianych narciarzy. Ciekawe, że nam nie sprawia kłopotu noszenie na plecach przez cały dzień pustej puszki po pasztecie, a oni mają kłopot z folią aluminiowaną na 500 metrów od schroniska. Niecierpię takiej hołoty!

Pozostawiwszy w schronisku plecaki, zaklepawszy sobie pokój, posnuliśmy się jeszcze parę minut wokół. Chmury zlewały się z górami, słońce zachodziło, wszystko wokół było poniżej mnie - czułem sie jak na dachu świata.

Artur na szczycie połoniny Wetlińskiej

Połaziliśmy, popatrzyliśmy, wróciliśmy do milutkiego, cieplutkiego i opustoszałego w niedzielny wieczór schroniska. Dla wyjaśnienia niewtajemniczonym opiszę: pierwsze okno po lewej - goprowcy, okno u góry po prawej - pokoik sypialny. Wnikliwy obserwator zostanie wynagrodzony buźkami Marka i moją w prawym, dolnym oknie.

Schronisko na Wetlińskiej

Albert, nie zważając na mróz i wiatr, utrwalał zachodzące słońce. Nawet nie założył kurtki i czapki - tak się poświęcał utrwalaniu chwili!

Zachód na Wetlińskiej

Zapadł zmierzch. Poszliśmy do pokoju sypialnego zrobić tradycyjny bajzel turystyczno-łóżowy. Zabrawszy niezbędne rzeczy, czyli jedzenie i picie, wróciliśmy na dół, na stołówkę. Zeżarliśmy fasolkę po bretońsku, popiliśmy piwem - zrobiło nam się lepiej.

W pocie czoła, przy słabym świetle świec, grzałem na kominku, przyniesione na własnych plecach wino...

Artur przy kominku

... które Albert wypijał kubkami. Natomiast Marek jeszcze nie wydobrzał po wczorajszej "chemioterapii" i być może przez to słabiej wyszedł na zdjęciu. Był na tyle niezdrów, że wina nie pił!

Albert z Markiem

Dorotka, szefowa schroniska, tak napaliła, że było nam nawet trochę za ciepło. Za to buty, wystawione pięknym rządkiem na schodach nad kominkiem, wyschły idelanie.

Rano Marek obudził nas tradycyjną szamotaniną ze śpiworem. Żarełko, pakowanie, ubieranie - i po raz kolejny brniemy w śniegu przy pięknej pogodzie.

Schodzimy z Wetlińskiej

Trochę niżej, gdy już tak pieruńsko nie wiało, mogliśmy się rozejrzeć. Caryńska wyglądała pięknie - niestety równie pięknie co niedostępnie. Przeziębienie wyssało z Marka dużo sił i nie mieliśmy sumienia zaciągać go w kolejne zaspy i wichry. Pozostało mu jednak dość energii, żeby radośnie zbiegać wraz ze mną stawiając prawie dwumetrowe kroki w głębokim śniegu.

Caryńska z Wetlińskiej

W dole droga z Berehów do Ustrzyk. Gdzieś tam po prawej, pod lasem, pośród śniegów trwa schronisko pod Rawkami.

Zejście do Berechów

Mniej więcej godzinka i byliśmy na dole. Kolejna godzinka i dotarliśmy pod Rawki. Przywitały nas dwa wielkie psy. Sprawdziły kto, obwąchały i wróciły do ciepła. Trzeba było dać naprawdę dużego kroka nad psem leżącym w progu stołówki. Trzy lata temu (porównaj opowieść drugą o szadzi), gdy wymęczeni zeszliśmy z gór i nie było nic innego do żarcia poza jajecznicą - byliśmy wsciekli na takie menu. Teraz, troche dla tradycji, troche dla zabawy zamówiliśmy trzy. Cisza, spokój, łaszące się o jedzenie koty - po prostu sielanka. Jeszcze chwila rozmowy z szefową i ruszyliśmy do Ustrzyk.

Połoniny Wetlińskiej, tak słonecznej jeszcze dwie godziny temu - już nie było.

Wetlińska w chmurach

Chmury gonione wiatrem wyglądały nierealnie - zupełnie jak w ogranym chwycie filmowym symbolizującym upływ czasu.

Może dobrze, że nie wyszliśmy w góry? Wszystkie szczyty były zakryte, Rawki też.

Słońce nad Rawkami

Za następną godzinę dotarliśmy do Ustrzyk. Jak zwykle, poszliśmy spać do GOPR-owców. Każdy zajął swoje wyrko, nawet życzliwie zakomunikowaliśmy Tungowi, ze jego łóżko jest puste. Ale kolega zdradził Bieszczady dla Jaworzyny Krynickiej, zdradził kumpli od piwa dla żony i kontaktował się z nami wyłacznie za pomocą esemesów.

Zaklepawszy kwaterę, pozostawiwszy plecaki ruszyliśmy na podbój Ustrzyk Górnych. Przy wychodzeniu ktoś nas zatrzymał i mimo niedokończenia meldowania, wcisnął dowody. Podobno odkąd weszliśmy do Unii niesamowicie zwiększyła się ilość patroli i kontroli. Faktycznie, patrol, który przechodził nieopodal był chyba trzecim czy czwartym napotkanym w czasie naszego wypadu. Raz nawet nas wypytywali.

Już idąc do GOPR-owców widzieliśmy, że zimowe życie bieszczadzkiej metropolii nie jest oszałamiające. Nawet sklep na rogu przy przystanku PKS-u był zamknięty. Działał jeden jedyny bar. Głód sprawnie nas tam zagonił. W środku, mniej więcej ciepło, żadnych klientów, właściciel siedzi przy stole pogrążony w zeszycie w kratkę i robi papierowy remanent. Ucieszył się, gdy nas zobaczył. Miał nawet spore menu i twierdził, że każda pozycja jest dostępna. Ale zasugerował nam coś spoza listy - ochrzcił to (zapewne chwyt marketingowy) "Diabelskie Żarcie". Dorzucił do kominka i znikł w kuchni. Po paru minutach pojawił się z grzanym piwem i wydrążoną, dość dużą bułką, wypełnioną gulaszem z knedlikami - dla każdego po jednym zestawie. Dobre było, choć wypełnianie bułki knedlikami... Cóż, trzeba ciąć koszta, a dobra nazwa i intrygujący wygląd zapewnia zbyt.

Zgłodniali i cokolwiek przechłodzeni wcinaliśmy łakomie. Korzystając z ciszy nasz gospodarz rozpoczął opowieści. Skończyliśmy jeść, a pan opowiadał. Skończyliśmy pić, a pan opowiadał. Już się nudziliśmy, a pan opowiadał.

Zaczął od odczytania nam kilku akapitów z książki "Bieszczadzkie Zakapiory". Znał niektórych z tych ludzi. My Lutka (właściciela schroniska na Wetlińskiej) też poznaliśmy. Potem opowiedział nam historię całego świata. Znał wiele faktów, ale ich interpretacja, połączenie w przyczynowe wątki były niezmiernie oryginalne. Dowiedzieliśmy się, jak to szlachta nie chciała płacić podatków na cerkiew, co miało być przyczyną powstania kościoła unickiego. Wysłuchaliśmy o wielkim głodzie na Ukrainie za Stalina. Jakkolwiek tragiczna sprawa i ostatnią rzeczą jakiej bym chciał to śmiech z tego wydarzenia - nie mogę się powstrzymać, aby nie zacytować pana, dla pokazania kwiecistości a zarazem prostoty wypowiedzi: A był wtedy taki głód, że ludzie ludzi wpierdalali.

Stalin był dość ważną osobą dla naszego wykładowcy. Pewnie dlatego, że to historia dość nieodległa, że "wielki wódz" nie raz wpłynął na jego życie. Podobno ojcem Pana był ... pochodzenie ojca było tak samo przejrzyste jak jego opowieści. Wiadomo, że był w armii Własowa, który to, jako najwierniejszy syn narodu radzieckiego, przeszedł na stronę niemiecką gdy Związek Radziecki przestał żywić jego armię pod Leningradem. Wiadomo też, choćby z karnacji gospodarza, że wspomniany ojciec był z dalszych, południowo-wschodnich rejonów Mateczki Rossiji. A matka pochodziła właśnie z Bieszczadów. Biedna, wypędzona z domu z dziećmi, armia przechodziła, dzielny wojak przyniósł sarenkę, zostawił pamiątkę. Jako dziecię Pan wracał tu z rodzeństwem i całym dobytkiem. Imał się różnych zajęć, kiedyś rzeźbił i sprzedawał swoje dzieła na rynku krakowskim. Pracował w lesie. Teraz planuje nowy bar w okolicach Polańczyka.

Ponownie przypomniał się Panu Stalin. Usłyszeliśmy jak rozumieć trzeba Jałtę. Amerykanie mieli już bombę atomową. I wtedy wstał Stalin i powiedział, że też ma. A oni nie wiedzieli, czy on ma, czy, kurwa, nie ma. A jak on to mówil, to tak się bał, że mu strumieniem pot po jajach płynął - bo on bomby nie miał, tylko tak udawał. I oni wtedy na wszystko sie zgodzili, co on chciał.

Gierek dobry był. A upadł dlatego, że w 1980 w Bieszczadach strasznie padało. Padało, padało i padało i to wszystko popłynęło w dół, zalało Sanok i cały kraj. I potopiło fabryki i pola. Zrobiła się straszna powódź i zabrakło jedzenia. No to się ludzie zdenerwowali i zrobili Solidarność.

Tak to interesująco dotarliśmy do czasów dzisiejszych i temat historii został wyczerpany. Może to i dobrze? Koledzy są historykami z wykształcenia i prawie czułem, jak bolały ich zęby podczas słuchania. Sam, ukrywałem śmiech spuszczając oczy na kota, który wlazł mi na kolana i pozwalał się głaskać. Pan uznał, że jeszcze nie dość dobrze zaopiekował się nami i... sięgnął po gitarę. Przerabialiśmy to już kilka lat temu i wiedzieliśmy, czym to pachnie. Wstał, nogę oparł o ławkę i zaczął spiewać ukraińskie pieśni. Kot uciekł (nam nie wypadało). Z zaplecza zaczęło dobiegać żałosne wycie małego pieska. Pan co jakiś czas przerywał, zachęcał nas do wspólnego śpiewania. Dziwił się, że nie znamy pieśni, choćby tej którą kobiety witały swoich mężczyzn wracających z akcji partyzanckiej (to raczej chodziło o UPO-wców).

Wyszliśmy. Udało nam się jeszcze kupić po dwa piwa na wynos i uciekliśmy. Całą drogę przekrzykiwaliśmy się przypominając sobie co smakowitsze opowiastki.

Poszedłem z dowodami dokończyć meldunek. Zagadnąłem, że byliśmy w barze, że właściciel dużo nam opowiadał. Spodziewałem się uśmieszku, może pytania jak długo wytrzymaliśmy. A usłyszałem: widać trafiliście do Lacha, a on zawsze jest otwarty dla turystów, poświęca im czas, stara się umilić pobyt, opowiedzieć o historii.

Taaa... Wygląda na to, że spotkaliśmy lirnika. Taki relikt XIX wieku. Najwyraźniej cieszył się dużym autorytetem w społeczności, był zjawiskiem przerastającym przeciętność otaczających go ludzi, a tym samym wzbudzającym podziw i szacunek. Mówił ze swadą, gestykulował, teatralnie akcentował zdania. Może nie grał na lirze, napewno nie był ślepcem, ale można przyjąć, że spełniał najważniejsze punkty definicji lirnika. Miał dobrą pamięć, z której wydobywał jakieś ślady zdobytej wiedzy, przeczytanych książek czy zasłyszanych opowieści. Jednak interpertacja tej wiedzy pozostawiała wiele do życzenia.

Albert twierdzi, że homerowe opowieści mają podobnie wiele wspólnego z rzeczywistościa, co opowiadania Lacha. Jednak dzięki dużo lepszej formie literackiej przetrwaly do dziś.


I tak to na piciu piwa i wspominaniu opowiadań bieszczadzkiego Homera upłynął nam ostatni wieczór wypadu.

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)