powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu WIOSENNYCH historyjek

Marek, obrażony na moją opieszałość w pisaniu historyjek, sam dzielnie popełnił ten tekst. Pośród zdjęć i tekstu znajdziecie, drodzy Czytelniczko i Czytelniku, parę moich dopowiedzeń, rozszerzeń i uzupełnień - wszak ja niezmiernie gadatliwy jestem.*

To była nasza kolejna wyprawa. Tym razem we dwóch, z Arturem, postanowiliśmy przejść Czarnohorę. Artur miał to pasmo już na swoim koncie, ja dopiero chciałem przez nie przemaszerować. 12 maja około 17 podjechał na Dworzec Zachodni autobus do Iwano-Frankowska, czyli dawnego Stanisławowa. Oczekiwaliśmy ukraińskiego pojazdu, ale okazało się że wieźć nas będzie stajnia Mińsk Mazowiecki. Też miło. Podróż upłynęła nam w miarę płynnie, nie licząc tradycyjnych gigantycznych warszawskich korków przy wyjeździe i dwugodzinnego stania na granicy w oczekiwaniu, aż ukraińscy stróże pasa granicznego łaskawie pozwolą nam wjechać do ich pięknego kraju.

W efekcie z dwugodzinnym opóźnieniem około 8 rano wysiedliśmy na niemożliwie wprost zatłoczonym placu przed dworcem kolejowym w Iwano-Frankowsku. Plac ten pełnił rolę dworca autobusowego. Lawirując między stojącymi lub manewrującymi autobusami, busikami, trolejbusami*, przemieszczającymi się ludźmi oraz nagabywającymi taksówkarzami, którzy za sowitą opłatą gotowi byli nas zawieźć w zasadzie wszędzie, dotarliśmy na halę dworca kolejowego. I tu niespodzianka. Dzięki naszemu opóźnieniu przez długie stanie na granicy okazało się, że już za około pół godziny mamy pociąg do Rahowa. Pamietajcie!! Ilekroć przyjdzie Wam sterczeć w beznadziejnym oczekiwaniu na odprawę na przejściu granicznym nie narzekajcie. Wiedzcie że ukraińskie służby graniczne robią to dla Waszego dobra!

Wykorzystując czas jaki nam został do odjazdu kupiliśmy chleb i w przepisowym czasie znaleźliśmy się w straszliwie zatłoczonym pociągu. Pamiętaliśmy zatłoczone pociągi i autobusy w Polsce jeszcze w czasach słusznie minionych, ale nie myśleliśmy że do wagonu może wejść tyle ludzi. Szkoda tylko że przekonaliśmy się o tym na własnej skórze. Dzięki Bogu za jakąś godzinę pociąg się dość istotnie wyludnił i dalszą część drogi mogliśmy spędzić na siedząco. Pociąg wlókł się straszliwie. Czas umilały nam śpiewy ukraińskiej młodzieży, która dzielnie piła drinki przy wtórze harmonii jakiegoś młodego Cygana, który akurat się napatoczył. Trzeba przyznać, że wbrew temu co sobie właśnie pomyśleliście zachowywali się kulturalnie i śpiewali też niezgorzej. Nam Polakom niestety daleko do talentów wokalnych naszych wschodnich sąsiadów. W Jaremczy trochę hałaśliwi, ale sympatyczni młodzi ludzie wysiedli i w wagonie zrobiło się cicho. My kontynuowaliśmy naszą podróż skupiwszy się całkowicie na kontemplowaniu coraz piękniejszych i coraz bardziej urozmaiconych widoków za oknem. Choć trudno było w to uwierzyć, zważywszy na mizerną prędkość pociągu, to jednak zbliżaliśmy się do stacji, na której mieliśmy wysiąść czyli do miejscowości Kwasy. Jeszcze z wagonu ujrzeliśmy pasmo Czarnohory i...z lekka zaklęliśmy pod nosem. Góry były pokryte śniegiem. Jak na maj to było go o wiele za dużo. Wszystko przez tegoroczną surową zimę. Zrozumieliśmy że przejście będzie trudniejsze niż sądziliśmy i może potrwać dłużej niż żeśmy to zaplanowali.

Około godziny 15, solidnie zmęczeni prawie całodobową podróżą z Warszawy, ruszyliśmy stromym zboczem na wschód w kierunku zasłoniętej obecnie przed nami Czarnohory. Byliśmy niewyspani, niedojedzeni i niedopici, słoneczko mocno przygrzewało, więc szło nam się trochę ciężko, tym bardziej że nasze plecaki też do najlżejszych nie należały. Ale nie narzekaliśmy. Jak się chce chodzić po ukraińskich górach to niedogodności w postaci ciężkiego wora na plecach i długiej podróży trzeba wliczać w uroki wyprawy. Na szczęście dość szybko nabieraliśmy wysokości, a długi majowy dzionek pozwolił nam wedrzeć się spory kawałek w kierunku Pietrosa.

Saraj, to pasterska, huculska osada, zamieszkała głównie podczas wypasów.*

Saraj u podnóża Pietrosa

Kiedy słońce zaczęło powoli chylić się w kierunku linii horyzontu zdecydowaliśmy, że czas na spoczynek. Namiot rozbiliśmy zasłonięci od wiatru szczytem pagóra, wśród krokusów i pierwszych płatów śniegu, które zwiastowały to co miało nas czekać wyżej.

Podreperowawszy braki snu, następnego dnia rano, ruszyliśmy w drogę.

Rano, pare minut po wymarszu, popatrzylismy wstecz na Kwasy.*

Widok na Kwasy ze stoków Szeszuła

Takim oto widokiem na Bliźnicę, czyli najwyższy szczyt Świdowca, rozkoszowaliśmy się w trakcie długiego podchodzenia na Pietrosa (2020 m n.p.m.).*

Widok na Bliźnicę ze stoków Pietrosa

Najpierw lawirując między coraz większymi obszarami śniegu, a potem idąc po jego grubej warstwie tam gdzie nie chciał stopnieć wspięliśmy się na Szeszuł.

Tak wyglądały wspomniane przez Marka płaty śniegu. Pozornie najwyższy, to Pietros, a w oddali, trochę schowana, Howerla.*

Widok na Pietrosa i Howerlę

Następnie zeszliśmy na przełęcz, skąd już bezpośrednio rozpoczęliśmy wejście na Pietrosa.

Mimo polowy maja wciąż groziły nam lawiny. Może tylko kilkumetrowe, ale zawsze lawiny.*

Śnieg na Pietrosie

Po drodze zza naszych pleców zaczęły wychodzić sine chmury przetykane płatami błękitnego nieba.

Chmury i okopy z pierwszej wojny światowej (chmury oczywiście dzisiejsze).*

Pietros, okopy

Przez jakiś kwadrans padał nam na głowy grad. Ale wkrótce niebo się przetarło i szczyt Pietrosa zdobywaliśmy w silnym wietrze, ale bez opadów. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że ten krótkotrwały grad pomieszany z deszczykiem to tylko niewinna zapowiedź tego co miało nadejść następnego dnia. Pierwszy raz mogliśmy popatrzeć na całe pasmo Czarnohory, od Pietrosa, przez Howerlę do ginącego gdzieś na końcu Popa Iwana. Dwie refleksje były oczywiste: nie damy rady przejść całości w dwa dni oraz nie będzie tak łatwo brnąć w śniegu i spać na nim.*.

Weszliśmy na Pietros, Czarnohora w całej okazałości i najwyższa tam Howerla

Zejście z Pietrosa w kierunku Howerli dostarczyło nam mocnych wrażeń. Nie chcemy demonizować tego szczytu. Obaj chodziliśmy już niejednokrotnie po górach wysokich w Polsce i nie tylko, ale schodzenie bardzo stromą, śliską ścieżką lub rozmiękłymi polami śnieżnymi z 20 kilogramami bagażu na plecach wymagało sporej uwagi i roztropności przy stawianiu kolejnych kroków.

Marek wypomina mi, że trochę naginając fakty umieściłem poniższe zdjęcie w tym miejscu. Faktycznie, zrobiłem je z godzinę przed zejsciem z Pietrosa, konkretnie w czasie pokonywania kolejnych pagórków wspinających się na właściwy szczyt. Jednak oddaje ono całkiem nieźle to, co zastaliśmy na zejściu.

O - to tyle słów wyjaśnienia, żeby już się mnie kumpel nie czepiał.*

Czarnohora, roztropny Marek na lodowcu

Pokonawszy strome pola śnieżne i rozmiękły płaj znaleźliśmy się na przełęczy pod Pietrosem. W dole, w kierunku wschodnim, widzieliśmy nie zamieszkałe aktualnie chaty pasterskie. Czasu mieliśmy jeszcze dość, więc pomaszerowaliśmy dalej w kierunku Howerli.

Przełęcz między Pietrosem a Howerlą

Zatrzymaliśmy się na kolejnej przełęczy, koło świeżo postawionej budy noclegowej. Kulturalnie się robi w tej Czarnohorze. Nawet kibelek był obok i to nie koedukacyjny a damski i męski. W tych pięknych okolicznościach przyrody poczuliśmy się sielsko (mówię o widokach i słoneczku które zakrólowało na podwieczornym niebie, a nie o kibelku).

Czarnohora, przełęcz w słoneczku

Zbiegliśmy 10 minut w dół, ochlapaliśmy się w strumieniu, nabraliśmy wody i wróciwszy na górę wybraliśmy najbardziej zaciszne z możliwych miejsc na namiot, bo trochę wiatr zaczął przybierać na sile. Trochę było tam skośnie i w efekcie nie tak wygodnie jak podczas pierwszego noclegu, ale jak się nie ma co się lubi... . Zabraliśmy się za przygotowywanie jedzenia. Nie pamiętam dokładnie kiedy, ale jakoś tak po posiłku zerknąłem na zachód i.... wcale mi się nie spodobało to co tam zobaczyłem.

Pietros w chmurach

Pokazałem Arturowi. On zauważył to już trochę wcześniej. Chodzimy po górach wiele lat i niejedną niepogodę już przeżyliśmy, frontów pogodowych też żeśmy się już naoglądali. Ten który nadchodził należał niestety do tych paskudnych. Co do tego nie mieliśmy wątpliwości. Co tu dużo mówić – wciąż mieliśmy nadzieję, ale miny nam zrzedły. Pogadywaliśmy to o tym, to owym, ale przez resztę wieczoru zerkaliśmy na granatowe, idące w naszym kierunku chmury, zakrywające cały horyzont. Kładliśmy się spać przy wtórze kropel deszczu tłukących o namiot. Kurcze, byłem trochę zły. Artur był już dobry, on już tu kiedyś był i zaliczył całe pasmo. Mógł zrezygnować i pocieszać się wizją zwiedzenia Chocimia i Kamieńca Podolskiego, mnie było trudniej. Zagrzebaliśmy się więc każdy w swój śpiwór, Artur na lekko w puchowy, a ja okutany w spodnie i polar z kapturem bo spałem niestety w zwykłym śpiworku. Ta noc była męcząca. Spało się źle na nierównym podłożu. Dodatkowo mimo ubrania było mi zimno. Obudziłem się rano zesztywniały od chłodu i z bolącym gardłem. W perspektywie pogorszenia pogody moje samopoczucie nie nastrajało mnie optymistycznie. Ale kiedy obudziliśmy się nie padało. Czyżby jednak nie było tak źle? Rozsunąłem poły namiotu i wyjrzałem na zewnątrz. Niestety, jednak było źle. Podstawa chmur była bardzo niska. Pietros od podstawy do szczytu ginął w ciemnych chmurach, dookoła krążyły mgły. Decyzja w sumie mogła być jedna. W tych warunkach nie ma sensu kontynuować marszu, tym bardziej, że dalej trzeba by iść na jeszcze większej wysokości. Nie widać gdzie iść i nie widać po czym iść, bo szczyty i zbocza toną we mgle, a ścieżki zasypane są śniegiem. Wstaliśmy, zjedliśmy śniadanie. Ubrałem się we wszystko, co miałem, ale rozgrzałem się dopiero po zjedzeniu zupki i wypiciu kubka gorącej kawy.

Utrwaliliśmy miejsce naszego ostatniego górskiego nocowania.*

Artur z Markiem o poranku, przed namiotem u podnóża góry Pietros

Tak, mniej wiecej co kwadrans, zmieniała się pogoda Zaczęliśmy pakować namiot. W między czasie mgła zrobiła się jeszcze gęstsza, zerwał się wiatr i zaczął padać deszcz. Zrazu niezbyt intensywnie, ale potem zamienił się w ulewę. No cóż. To tylko utwierdziło nas w już podjętej decyzji: w y c o f. Zdecydowaliśmy pójść w kierunku ostatniej przełęczy przed Howerlą i tam wzdłuż strumienia, który zaznaczony był na naszej mapie walić możliwie prosto w dół. Strumień znaleźliśmy dość szybko. Początkowo chował się pod śniegiem, ale potem zaczął się coraz wyraźniej wybijać spod białej warstwy. Tyle że jednocześnie, jak to spory strumień, coraz bardziej wżynał się w grunt. Zbocza stawały się coraz bardziej strome. Odeszliśmy trochę w bok, ale na tyle blisko by nie stracić go z oczu. Zeszliśmy niżej, wkrótce zaczął się gesty las i zaczęły się problemy. Podstawowym utrudnieniem dla nas była głęboka warstwa śniegu. Szliśmy zapadając się co jakiś czas, jak to bywa w lesie w takich okolicznościach, po uda albo po pas. Z naszej lewej strony pojawił się kolejny strumień. Musieliśmy przejść nad nim, aby w dole nie dać się ogarnąć obu potokom gdy się spotkają. Mogłyby się okazać nie do przejścia. Wciąż staraliśmy się iść w dół. Ale z naszej lewej strony pojawiały się wciąż kolejne strumienie. Zbocze robiło się coraz bardziej strome i urwiste. Deszcz lał się na nas strumieniami. Byliśmy przemoczeni od pasa w dół. Zaczynaliśmy marznąć. Mimo, że byliśmy coraz niżej śnieg nie miał zamiaru ustąpić. Stał się wręcz bardziej podstępny. Bardziej mokry, miękki i szykował na nas pułapki w postaci zapadających się mostków nad płynącymi pod nim strumieniami. Nie dawaliśmy się oszukać. Wyczuwaliśmy niebezpieczeństwa w porę, ale gdy usłyszeliśmy przed sobą kolejny strumień, a rosnąca urwistość zbocza nie gwarantowała możliwości zejścia zatrzymaliśmy się. Prawda była brutalna. Możemy tak lawirować w tym lesie jeszcze długie godziny, a czasu jest coraz mniej. Nie uśmiechał mi się nocleg w namiocie, w przemoczonym ubraniu.

Czarnohora, las na północno-wschodnich zboczach

Zdecydowaliśmy wrócić na górę i zejść z przełęczy spod Pietrosa do chat, które dzień wcześniej widzieliśmy z góry. Wiedzieliśmy, że stamtąd prowadzi droga w dół. Tylko czy będzie widoczna spod śniegu? Nie liczyliśmy na to zbytnio. Ale to była szansa. Artur wyciągnął kompas. Ruszyliśmy z powrotem mozolnie wspinając się po stromym, zaśnieżonym zboczu. Nie wracaliśmy po własnych śladach żeby było szybciej. Za jakieś 40 minut trafiliśmy do miejsca na przełęczy z którego zaczęliśmy marsz w dół. Kurcze jak po sznurku. To nas podniosło na duchu. Schowaliśmy się przed wiatrem za stojącą na przełęczy drewnianą budką. Zjedliśmy tabliczkę czekolady, popiliśmy zimną wodą i w drogę. Idąc w ulewnym deszczu i wichurze ze zdziwieniem patrzyliśmy na ścieżkę którą szliśmy 2 godziny temu. Wtedy była pokryta skorupą śnieżną, teraz śnieg pod wpływem deszczu zaczął się wytapiać zmieniając się w szerokie bajora wodne zalegające płaj.

Czarnohora, stara droga po poziomicy

Kiedy doszliśmy do przełęczy pod którą powinny znajdować się pasterskie chaty nie dojrzeliśmy nic. Mimo silnego wiatru chmury i mgły zakrywały wszystko. Widoczny był tylko kilkunastometrowy wytopiony odcinek drogi spod samej przełęczy. Ruszyliśmy po śniegu w dół raczej instynktownie starając się wyczuć pod nim drogę. Ale za parę minut teren zmienił się tak, że mieliśmy co najmniej dwa warianty którędy mogła by ona pójść. Poszliśmy na azymut próbując przebić wzrokiem mgły i dostrzec zarysy drewnianych chat. Schodziliśmy coraz niżej. Dzięki Bogu tu chmury i mgły zaczynały się kończyć i w pewnej chwili Artur zauważył dach jednej z drewnianych bud na lewo od nas. Skierowaliśmy się w tamtą stronę. Znaleźliśmy do niedawna zamieszkałą drewutnię, w której sądząc po resztkach jedzenia ktoś musiał jakiś czas temu gospodarować. Początkowo zamierzaliśmy wyciągnąć nasz sprzęt, zagrzać wrzątku i wypić gorącej herbaty, ale uznaliśmy że zajęłoby nam to za dużo czasu. Poprzestaliśmy na czekoladzie i zimnej wodzie. Artur zdecydował, że się przebierze ponieważ jego kurtka przeciwdeszczowa puściła. Szczekając zębami z zimna patrzyłem jak zwala mokre łachy. Przynajmniej od góry był suchy. Kurcze zazdrościłem mu wtedy. Ja bojąc się noclegu w namiocie wołałem nie zakładać suchego polara żeby mi nie przemókł. (Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że moja kochana kurta przeciwdeszczowa wytrzymała. Dopiero później, gdy ją rozpiąłem okazało się że koszule miałem suchą. Mokre spodnie i buty oraz uczucie wyziębienia i wszechogarniającej wilgoci powodowały wrażenie totalnego przemoknięcia) Nie marnując więcej czasu wyszliśmy z chałupy i skierowaliśmy się na początek ukazującej się spod śniegu drogi. Oczywiście, tak jak żeśmy się obawiali, dukt za chwilę zniknął pod równą warstwą śniegu, a po ukształtowaniu terenu nie sposób było stwierdzić jak przebiegał. Zaczęliśmy się irytować. Gdyby nie ten śnieg wszystko byłoby proste. Tymczasem dopiero teraz czekało nas właściwe zejście po śniegu przez las. Jedyna pociecha że przestawało padać. Spróbowaliśmy pójść na czuja i za jakieś kilkadziesiąt metrów trafiliśmy w lesie na prawie już rozmyte ludzkie ślady i coś jakby ścieżkę. Ruszyliśmy tym tropem ale niestety wkrótce ślady zniknęły. Zdaliśmy się na nasz instynkt i za jakiś czas znowu trafiliśmy na ledwo widoczne ślady butów. Prowadziły w dół po stromym zboczu pomiędzy dwa spływające z głośnym szumem strumienie. Czyżby powtórka sytuacji sprzed paru godzin? Ale u licha przecież ten ktoś musiał jakoś dojść. Przecież nie brodził po pas w wodzie, a niedaleko musi iść droga. Poszliśmy stromo w dół. Zbocze opadało coraz ostrzej a szum wody był coraz głośniejszy. Nie odzywaliśmy się do siebie, ale wiedziałem co Artur teraz myśli: Uda się czy nie? Za jakieś pół godziny zsunęliśmy się zboczem parowu nad koryto strumienia. Szczęśliwie ślady nie sprowadziły nas w pułapkę. Po kamieniach przedostaliśmy się na drugi brzeg i czepiając się krzewów wspięliśmy się na przeciwległą ścianę parowu. Na górze natrafiliśmy na wyraźniejszą ścieżkę, która następnie wywiodła nas na obszerną przecinkę. W oddali zobaczyliśmy przebiegającą w poprzek wyrębu drogę. Tym razem to był koniec. Udało się. Usiadłem na pniu leżącym wzdłuż drogi i zacząłem wyżymać przemoczone skarpety, żeby ułatwić butom odprowadzanie wody ze środka. Już nie żałowałem, że musieliśmy uciekać w dół. Trudności zejścia wynagrodziły mi gorycz przerwania trasy a warunki panujące na górze upewniły nas o słuszności podjętej decyzji. Gdy podjęliśmy marsz obejrzeliśmy się na pasmo Czarnohory i nie dostrzegliśmy nic. Góry pokrywały ciemne chmury. A więc tylko tu na dole przestało padać. W górze warunki wciąż były trudne. Ale teraz to już nie był nasz problem. Przed nami była długa droga w dół a celem naszym było zejście do Jasini, gdzie planowaliśmy zanocować.

Marek denerwuje się na mnie, gdy przeżywam kolejki wąskotorowe. Szczególnie, kiedy ich już nie ma. Tutaj widać resztki mostku przedwojennej (naszej wtedy) kolejki wąskotorowej łączącej lasy Czarnohory z Jasinią. Powyżej resztki socjalistycznego budownictwa, bardzo częste na Ukrainie.*

Pozostałości mostu

Ponieważ mieliśmy jeszcze parę dni wolnego postanowiliśmy zrealizować już dawno przez nas omawiany pomysł zwiedzenia Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Tu niżej deszcz nie padał, a my maszerowaliśmy dziarsko czując jak z każdym kilometrem spodnie robią się coraz bardziej suche. Miło jest chodzić w suchych spodniach. Z butami było trochę gorzej. Woda przestała nam chlupać pod stopami, ale buciory wciąż były mokre. Wyschły mi tak do końca dopiero pod koniec następnego dnia. Maszerując, spotkaliśmy po drodze odpoczywających drwali. Upewniliśmy się, że droga po której idziemy doprowadzi nas gdzie chcemy i za jakieś 3 lub 4 godziny forsownego marszu, gdzieś tak około 16 czasu miejscowego, dobiliśmy do Jasini. Idziemy sobie przez wieś, błoto w płytszych miejscach po kostki. Z naprzeciwka idzie kobieta - w gumiakach, z chustą na głowie, w średnim wieku. Nagle słyszymy dźwięk komórki, i to nie jakiś tam zwykły, tylko polifoniczny, taki śliczny, wschodni, z zawijaskami. Kobieta, bez żadnego zdziwienia, szczególnego namaszczenia czy pośpiechu wyciąga z wyświechtanej torby komórkę i śpiewnie mówi: "Aljo?!". Asfaltu nie ma, prąd pewnie też nie zawsze, autobus nie przejedzie - ale pole jest! *

dolina prowadząca nas spod Pietrosa do Jasini

Myśleliśmy, że ze znalezieniem noclegu pójdzie nam trochę łatwiej. Pytaliśmy się o możliwość noclegu w mijanych sklepach spożywczych, ale jakoś nikt nie miał pomysłu gdzie moglibyśmy pójść. Artur twierdził, że gdybyśmy zaczęli chodzić po domach to na pewno ktoś by nas przyjął na jedną noc. Pewnie miał rację. Ale w końcu życie podsunęło nam inne rozwiązanie. Weszliśmy do mijanego sklepu, gdzie już od progu powitał nas kompletnie nawalony dziadek, który skracał sobie czas siedzeniem w sklepie, piciem i gadką ze sprzedawczynią. Dziadek rozpromienił się na nasz widok, zaprosił do sklepu i przywitał się z nami. Zapytał czy jesteśmy Ukraińcami. Powiedziałem że Polakami, sądząc że przestanie już być taki wylewny i da nam spokój. Ale niestety nie. Na dźwięk słowa Polacy rozpromienił się jeszcze bardziej i zaczął nas usilnie namawiać żebyśmy zanocowali u niego. Ponieważ nie mieliśmy specjalnej ochoty na spędzenie nocy u miejscowego alkoholika postanowiliśmy skorzystać z rady sprzedawczyni i podjechać do niezbyt odległej Worohty, która jako miejscowość turystyczna, dawała większe szanse na znalezienie jakiegoś miejsca na nocleg. Podziękowaliśmy chwiejącemu się dziadkowi za ofertę i szybkim marszem ruszyliśmy na stację, bo czas odjazdu pociągu zbliżał się nieubłaganie. Gdy byliśmy jakieś 200 metrów od peronu ujrzeliśmy nadjeżdżający skład. Ponieważ pociągi na tej trasie nie jeżdżą zbyt często podjęliśmy radykalne kroki w celu zlikwidowania dystansu jaki wciąż jeszcze nas dzielił od stacji - nie lubię biegać sprintem z ciężkim plecakiem. Energię utraconą podczas biegu wyrównaliśmy w wagonie posiliwszy się sprzedawanymi przez pewną kobiecinę smacznymi i jeszcze ciepłymi bułeczkami z kapustą. Worohta powitała nas słońcem przedzierającym się przez coraz cieńsze chmury. W sklepie znajdującym się obok stacji uzyskaliśmy informacje, że niedaleko stad jest czynna turbaza i że na pewno znajdziemy tam nocleg. Osób prowadzących turbazę akurat nie było i musieliśmy trochę zaczekać. Zapewniono nas jednak że wspomniane osoby zjawią się na pewno. Przedwieczorne słoneczko zapanowało na niebie i zrobiło się ciepło. Ponieważ mokre mieliśmy tylko buty, bo spodnie już nam wyschły podczas marszu, mogliśmy sobie pozwolić na skrócenie czasu oczekiwania jedzeniem zakupionych chipsów popijanych chłodnym, lwowskim piwkiem.

Następnego dnia wpakowaliśmy się do busika jadącego z Worohty do Kołomyi. Naszym celem był Kamieniec Podolski. Ale nie tak łatwo było się tam dostać. Najpierw musieliśmy dotrzeć do Kołomyi, potem do Czerniowiec i tam dopiero przesiadka do Kamieńca. Trochę dużo tych przesiadek i nie wiedzieliśmy jak nam się ułożą autobusy, a właściwie busiki, bo to one głównie obsługują trasy lokalne w tym rejonie. Są zwykle zapchane, ale jeżdżą całkiem sprawnie. Ku naszemu zaskoczeniu wszystko układało się jak na zamówienie. Gdy docieraliśmy do kolejnego miejsca przesiadki nasz transport już na nas czekał i za chwilę odjeżdżał. Zmienialiśmy tylko busiki. W Czerniowcach trochę przesiadka nam się skomplikowała, bo żeby dostać się do Kamieńca musieliśmy zmienić dworzec autobusowy. Trzeba było pchać się zatłoczonym trolejbusem prawie przez całe miasto. Ale za to na dworcu już czekał na nas dalekobieżny autobus, który po drodze stawał w Kamieńcu. I nie był to stary Ikarus ale autokar na całkiem dobrym, europejskim poziomie. Nawet darmowym soczkiem nas tam poczęstowali. W Polsce też by tak mogli. W efekcie w ekspresowym tempie jak na naszą trasę około godziny 16 wylądowaliśmy w Kamieńcu Podolskim.

Kamieniec Podolski

Planowaliśmy zanocować u paulinów na starym mieście, ale sęk w tym że nie znaliśmy adresu. Przewodnik Pascala, którym dysponowaliśmy adresu nie podawał. Na marginesie przewodnik ten nie tylko nie podawał wielu potrzebnych informacji, ale na dodatek czasami podawał je błędnie. Mieliśmy brzydkie podejrzenie, że autorzy zbierając dane, więcej czasu spędzili za biurkiem niż jeżdżąc po Ukrainie. Co do jednego mamy pewność. W Kamieńcu Podolskim na pewno nie byli, bo parę bzdur na temat miejsc, które zwiedziliśmy napisali. Na kraje zachodnie to może i dobra metoda – zajrzeć do internetu i zadzwonić po informacje, ale jeśli chodzi o wschód Europy, drodzy pascalowscy autorzy – "podróżnicy", trzeba przekonać się naocznie niestety i dopiero wtedy zgarnąć forsę za przewodnik. Tak więc szanowni Czytelnicy jeśli chcecie jechać na Ukrainę przewodnik Pascala możecie sobie darować. Spokojnie poradzicie sobie bez niego, bo zawarte w nim informacje sami zbierzecie na bieżąco podczas wyjazdu. Wracając do noclegu my też sami sobie poradziliśmy. Przewodnik schowaliśmy do plecaka, bo nawet mapa starego miasta w nim zamieszczona jakoś nie bardzo pasowała do rzeczywistego rozkładu ulic. Pytani przez nas Ukraińcy nie bardzo wiedzieli gdzie może być klasztor paulinów, ale szczęście nam tego dnia sprzyjało. Spotkaliśmy po drodze zakonnicę, która wytłumaczyła nam jak trafić na miejsce. W wejściu do kościoła spotkaliśmy uprzejmego zakonnika, który w sprawie noclegu skontaktował nas ze starszą panią, która z kolei miała zadzwonić po ojca, zajmującego się sprawami noclegów dla turystów. Ale czas oczekiwania na ojca, którego imię tu przemilczę, wydłużał się. Wreszcie usłyszeliśmy z oddali gdzieś na korytarzu głos wspomnianej starszej pani, która jak wynikało z tonu rozmowy namawiała ojca (powiedzmy X) żeby jednak do nas przyszedł. Za chwilę pojawił się młody człowiek, przywitał się z nami owszem, ale na naszą prośbę o nocleg do piątku (był wtorek) powiedział że jeszcze nie wie czy nas przenocuje bo w piątek przyjeżdża jakaś grupa, a teraz to on nie ma czasu, bo ma zaraz mszę i że może się spotkać z nami za godzinę i wtedy zobaczy i poszedł. W efekcie kazał nam czekać, ale nie dał żadnej nadziei na nocleg. Byliśmy trochę zdegustowani jego postawą. Kurczę w końcu Kamieniec to nie jest miejscowość, gdzie w co trzecim domu są kwatery prywatne i w razie czego możemy pójść gdziekolwiek żeby znaleźć nocleg. Zwróciliśmy się więc do starszej pani, która dzwoniła po ojca X czy nie wie gdzie jeszcze można zanocować. Ona bez wahania zaproponowała nam udanie się do sióstr przy Kurii Biskupiej. Tak uczyniliśmy. Wyszła do nas sympatyczna i uprzejma siostra Lena. Tutaj w piątek też miała zawitać część tej samej grupy co do paulinów, ale siostra Lena nie widziała większego problemu żeby mimo to nas przenocować. Następnego dnia, co prawda, okazało się że wspomniana grupa przyjedzie w piątek wcześnie rano, w związku z tym nie będziemy mogli spędzić tutaj ostatniej nocy. Ale i w tej sytuacji siostra Lena okazała się bardzo pomocna i zorganizowała nam wspomniany nocleg w mieszkaniu rodziców jednej z sióstr z jej zgromadzenia. Naprawdę byliśmy zbudowani jej postawą. I pomyśleć że głupie przesądy ludowe każą obracać się dookoła siebie, żeby spotkana na ulicy zakonnica nie przyniosła pecha. Teraz będę się obracał jak zobaczę paulina.

Po zainstalowaniu się w pokoju ruszyliśmy na zwiedzanie Kamieńca. Tego samego dnia, pod wieczór, obeszliśmy pobieżnie Stare Miasto. Już na pierwszy rzut oka widać, że nikomu na zachowaniu zabytków tu nie zależało. Dopiero od niedawna zaczęli coś dłubać przy jakichś, renowacjach, remontach, trudno dokładnie stwierdzić. Generalnie Stare Miasto jest brudne, zaśmiecone i zaniedbane. Sporo tu rozwalonych lub rozpadających się budynków i niekoniecznie są to obiekty zabytkowe. Lepsze wrażenie sprawia słynny jeszcze z polskich czasów zamek. Chociaż osobiście jego położenie mnie zaskoczyło, bo leży poniżej Starego Miasta. Jakoś tak chyba przez Trylogię albo film "Pan Wołodyjowski" wydawało mi się, że twierdza góruje nad miastem, a tymczasem mówiąc kuriozalnie zamek stoi na górze położonej w dolinie. Konkretnie znajduje się na wzniesieniu w czymś w rodzaju kanionu rzeki Smotrycz. Zamek z miastem połączony jest zabytkowym mostem tureckim.

Kamieniec Podolski, zamek

Sam Smotrycz i jego "kanion" wygląda nawet urokliwie, ale co z tego skoro widać na pierwszy rzut oka, że rzeka to ściek, a umiejscowione nad jego brzegiem domy to chyba kamienieckie slumsy. Zamek nawet nam się podobał. Wrażenie zrobiła na nas wystawa w muzeum zamkowym, w części poświęcona nieśmiertelnej chwale Krasnoj Armii, w części zwycięstwu Juszczenki i pomarańczowej rewolucji. O ile pompatyczna wystawa o pomarańczowej rewolucji trochę nas rozbawiła, o tyle część poświęcona wyzwolicielskiej Armii Czerwonej raczej lekko zmierziła. Zaczerwieniło nam się w oczach od krwiście czerwonych sztandarów, zawirowało od leninów, sołdatów itp. i..... wyszliśmy. Jakoś wizja wyzwolicielskiej Armii Czerwonej nam nie bardzo pasuje do historii, zwłaszcza naszego kraju. No i w ogóle to trochę dziwne, że w muzeum zamkowym nie ma nawet części ekspozycji o historii zamku.

Następnego dnia wybraliśmy się do odległego około 30 kilometrów Chocimia. Samo miasteczko nie oferuje niczego ciekawego, ale zamek w Chocimiu i jego otoczenie zapiera dech w piersiach.

Chocim, fortyfikacje

Sam zamek od strony dziedzińca jest właściwie nieciekawy. Wejść nie można ani na blanki, ani na górę jakiejkolwiek z wież zamkowych, ani w zasadzie w ogóle nigdzie.

Chocim, zamek

Ale za to widok z obwarowań zamkowych na twierdzę, położony tuż za nią Dniestr i w tle daleki horyzont oferuje niezapomniane wrażenia.

Chocim, zamek i Dniestr

Podobnie imponująco wygląda zamek od strony rzeki.

Chocim, zamek i Dniestr

Podobało nam się tu o wiele bardziej niż w Kamieńcu. Tam twierdza stoi w mieście, tutaj w "pięknych okolicznościach przyrody", co nadaje niepowtarzalny klimat temu miejscu. Naprawdę warto się tam wybrać. Polecam. Do Kamieńca wracaliśmy "tradycyjnym" busikiem. Jego kierowca był typowym ukraińskim "driverem". Obserwując jego wyczyny na szosie nie raz łapaliśmy się za głowę. Nie wiem dlaczego dla ukraińskich kierowców najlepszym miejscem do wyprzedzania jest zakręt, a jeszcze lepiej jak jest pod górę. A w ogóle manewr wyprzedzania wygląda tak, że wyjeżdża się po prostu na lewy pas ruchu i tyle. Niech ten co nadjeżdża z przeciwka się martwi czy zdążymy czy jednak powinien uciekać w bok. W końcu pobocze jest szerokie. Myślę ze te manewry w większości wypadków uchodzą im na sucho, bo ruch jest po prostu o wiele mniejszy niż w Polsce. W Kamieńcu byliśmy pod wieczór.

Nazajutrz mieliśmy wracać, ale nie wiedzieliśmy jak najlepiej wydostać się z Kamieńca do Lwowa. Najpierw sprawdziliśmy pociagi. Olbrzymi dworzec stał na czymś w rodzaju placu bodowy, pewnie był to po prostu parking. Zanim dotarliśmy do informacji stanęliśmy "przed wielką mapą imperium" i "sczytując litery układaliśmy drogę powrotną przez białe wiorsty papieru". Przeszedł mi po plecach lekki dreszcz, gdy zobaczyłem na półtorametrowej szerokości mapie Polskę, w lewym górnym narożniku, wielkości mniej wiecej odcisku mojego kciuka. W kasie okazało się, że pociągi do Lwowa to porażka transportowa, zarówno czasowa jak i terminowa. Po wizycie na dworcu autobusowym byliśmy już spokojni o powrót.

Zjedliśmy kolację w poznanym wcześniej sympatycznym barze pod parasolami i udaliśmy się na kwaterę. Następnego dnia Ikarusem, w którym nie wskakiwała trójka dotarliśmy do Iwano-Frankowska, a stamtąd już polskim pojazdem do Warszawy.

I tak zakończył się nasz górsko-historyczny wyjazd.

Kaniec filma

* przypis Artura

i jeszcze raz od samej góry ;)