powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu WIOSENNYCH historyjek

Czarnohora, podejście drugie.

Tutaj pokrótce, dzięki uprzejmości Google (można, można, nawet trzeba klikać na ikonki i kreski).

A teraz zwyczajowe opowiadanko.

Tym razem jedziemy z silnym postanowieniem przejścia całego pasma – nie mamy, tak jak w zeszłym roku, planu awaryjnego. Zima nie była zbyt śnieżna, wiosną słoneczko ładnie przygrzewało, więc założyliśmy, że drugi raz odwrotu nie będzie.

Klimat wyprawy poczuliśmy już na dwa tygodnie przed wyjazdem. Marek kupił bilety na autobus do Iwano-Frankowska. Były niby elegancko wydrukowane na drukarce, ale na dole, na wolnym miejscu, kasjerka przystawiła stempel i w odpowiednie miejsca ręcznie wpisała numer stanowiska i godzinę odjazdu – oczywiście inne od tych wydrukowanych.

Zresztą, co za różnica, skoro autobus obsługiwany przez stajnię Mińsk Mazowiecki po prostu nie przyjechał. Gdyby choć panowie z zajezdni raczyli poinformować, że kursu nie będzie, bo od rana kierowca się nie stawił, to pewnie wsiedlibyśmy w ukraiński busik, a nie czekali jak te głupki na nie wiadomo co.

Godzinę, czy dwie później, wsiedliśmy do ukraińskiego autobusu rejsowego, niestety tylko do Lwowa. Pod znakiem zapytania stało, czy tym pierwszym autobusem uda nam się zdążyć na poranny pociąg z Frankowska – teraz stało się jasne, że to po prostu niemożliwe.

Prawdopodobnie z racji niedzieli, przejście graniczne pokonaliśmy sprintem, czyli w jakieś pół godziny. Tak jak w zeszłym roku, na specjalnej karteczce, którą trzeba wypełnić wjeżdżając na Ukrainę, napisaliśmy, że miejscem docelowym jest hotel w Kwasach, nie bardzo orientując się, czy hotel w Kwasach faktycznie istnieje. Przypuszczam jednak, że mało który ukraiński celnik wie, gdzie w ogóle znajdują Kwasy. Jednak bez takiego dopisku, celnicy odmawiali przyjęcia karteczki, a więc i wpuszczenia do kraju.

O wschodzie słońca dotarliśmy do Lwowa. Najwyraźniej zmieniły się zasady ruchu, bo zamiast jechać wprost na dworzec autobusowy za miastem, najpierw zatrzymaliśmy się przy dworcu kolejowym. Naiwnie liczyłem, że kolej nam pomoże. Niestety, najbliższy pociąg do Kwasów odchodził koło 15, a o tej porze to my już tam mieliśmy być. Zresztą, co mielibyśmy robić przez najbliższe 8 godzin? I to po nieprzespanej nocy, z naszymi wielkimi plecakami.

Po godzinie, może półtorej, odjeżdżaliśmy busem w kierunku Ivano-Frankowska. Trudno streścić całą męczącą podróż, ale było wesoło. Najpierw władował się facet z ogromnym pluszowym zwierzakiem, ciągle sprzeczając się z kierowcą, czy to jest miś, czy piesek. Potem kierowca stanowczym głosem wypędzał kogoś, ponieważ źle odczytał dane na bilecie i uznał, że to nie ten kurs. Kilku podróżnych musiało przejść się za szlaban dworcowy, ponieważ dróżnik liczył pasażerów, a tych kilku kierowca wziął bez biletu, więc żeby liczby się zgadzały – wsiedli za szlabanem. Tragedii dopełnił straszliwy tłok i dziadek nie pierwszej świeżości, który władował się na piątego na czteroosobowe siedzenie przy tylnej szybie, czym naraził nas na dyskomfort fizyczny i zapachowy, a Marka docisnął do zdezelowanych drzwi powodując stres przy każdym lewym zakręcie.

Już po trzech czy czterech godzinach błądziliśmy między chaotycznie zaparkowanymi pojazdami na niezmiernie zatłoczonym placu dworcowym w Iwano-Frankowsku. Kupiliśmy chleb, który jak każdy chleb zakupiony przez nas we Franowsku, okazał się stary. Nie pomogło nawet poszukiwanie innego sklepu niż przed rokiem.

Zniesmaczeni wróciliśmy na plac poszukiwać dalszego transportu. Tym razem nie zaskoczyły nas bezdomne pieski wałęsające się spokojnie pośród tutejszego transportowego szaleństwa. Za to obnośne budki telefoniczne już tak. A wyglądało to następująco. Młoda kobieta, lub facet mieli na sobie dość solidny pas. Stalowy, ocynkowany łańcuch, taki jak do krowy, przymocowany był jednym końcem do pasa, a drugim do telefonu komórkowego (przewierconego chyba na wylot). Po wpłaceniu należności (cennik widniał na plecach), obsługujący wbijał jakiś kod w aparat i przekazywał klientowi. Mniej więcej półtora metra łańcucha miało zapewniać dyskrecję rozmowy.

Po godzinie takich ciekawych obserwacji ruszyliśmy autobusem na południe. Trudy nocnej podróży ułatwiły nam zaśnięcie w gorącym wnętrzu, na średniej jakości drodze.

Do Kwasów przybyliśmy spóźnieni względem planu, wszystkiego dwie godziny, co zważywszy na opóźnienie wyjazdu i łatanie transportu, było dla nas wielce pozytywnym zaskoczeniem. Jeszcze bardziej zdziwiła nas strzałka nieopodal przystanku z napisem: „Gostinica” (po polsku znaczy hotel). Mimo szczerych chęci, nie oszukaliśmy celników, przynajmniej w kwestii istnienia hotelu w Kwasach, bo spać to tam i tak nie zamierzaliśmy.

Mozolnie ruszyliśmy w górę. To dość strome podejście, po prawie dobie podróży, z plecakami, w pełnym słońcu jest naprawdę mordercze.

W tym samym miejscu co rok temu zaczerpnęliśmy wody. W tym samym również rozbiliśmy namiot, ale mimo małych poszukiwań, nie znalazłem naszych zeszłorocznych szczurów (torebek herbaty ekspresowej). Niepokojący był śnieg, którego zalegało wyraźnie mniej niż rok temu, ale wcale nie tak mało.

Pierwszy widok na Rumunię

Ranek przywitał nas piękną pogodą. Radośni i weseli obraliśmy kurs na Pietrosa. Napatoczyła się stara huculska dróżka, która co prawda meandrowała nadrabiając kilometry, za to wiodła w górę pod niewielkim kątem. Można było spokojnie podziwiać widoki i pić świeżą wodę z potoków przekraczanych co pół godziny. A było na co popatrzeć. Zanim wreszcie ukazało się całe pasmo Czarnohory, łapczywie chłonęliśmy widoki na rumuńskie Karpaty. Szczególnie dwa skaliste, ośnieżone masywy przykuwały nasz wzrok. Prawdopodobnie były to najwyższe szczyty Maramureszu i Alp Rodniańskich.

Drugi widok na Rumunię

I wreszcie widać Pietrosa i Howerlę.

Podchodzimy na Pietrosa (z lewej), w oddali Howerla (po prawej)

Nie raz nasza dróżka ginęła pod dwu, czy nawet czterometrową pionową ścianą zaspy wyprofilowanej przez słońce i wiatr. Czasem mieliśmy do pokonania większe śnieżne pole. Na jednym z takich pól spotkaliśmy człowieka. Może nic w tym ciekawego, jednak uprzedzając fakty powiem, że następnych ludzi spotkaliśmy dopiero cztery dni później, gdy już zeszliśmy z gór. Napotkany wędrowiec, Sasza, był Białorusinem. Paznakomilis (przedstawiliśmy się ściskając sobie dłonie), pagawarili niemnoszka (porozmawialiśmy trochę) i każdy poszedł w swoją stronę (my z Markiem w tę samą).

Zasypana droga

Na Pietrosie zastaliśmy rzecz przykrą. Rok temu nic tu nie było, a teraz plastikowy Jezus przyczepiony do zgiętego w pół, kilkumetrowego krzyża z grubych prętów zbrojeniowych, smutno wisiał nad resztkami śniegu. Niewielka cerkiewka-kapliczka miała powybijane szyby i utrąconą cebulę wieńczącą dach. Nie popieram budowania czegokolwiek na szczytach. Ale jakiemu barbarzyńcy chciało się tu włazić i niszczyć bardzo solidny krzyż oraz kapliczkę?

Widok z Pietrosa (pierwsza z lewej - Howerla)

Wschodnia ściana Pietrosa jest bardzo stroma i jak poprzednio, nieźle nas zmęczyła, mimo że schodziliśmy. Z tkliwym uśmiechem przeszliśmy przełęcz, z której rok temu udało nam się zejść w dół. Równie spokojnie minęliśmy następną przełęcz, na której wtedy obozowaliśmy. Teraz należało zaliczyć jakiś dłuższy kawałek. Tak nakazywała duma i wiara w siebie.

Droga w lesie, mimo że prawie płaska, była trudna do przebycia. Wiele wiatrołomów zasypanych śniegiem często uniemożliwiało przejście i trzeba było kluczyć.

Leśna droga

W marszu powstrzymała nas dopiero chatka parku narodowego na przełęczy przed Howerlą. Najpierw planowaliśmy nocleg w namiocie, ale gdy okazało się, że chatka nie dość że otwarta, to jeszcze całkiem schludna, porzuciliśmy pierwszy pomysł. Szkoda, że rok temu zmarznięci, przemoczeni i zmęczeni mogliśmy schronić się tylko pod okapem na zawietrznej, zamiast wejść do środka i zrobić sobie gorącej herbaty.

Przytulna chatka parku narodowego

Eksplorując okolicę trafiłem na następną kapliczkę. Ciekaw byłem czy wandale dotarli i tu. Drzwiczki były uchylone, jednak rozmoczone topniejącym śniegiem nie chciały się szeroko otworzyć. Wcisnąłem się do środka. Ogarnął mnie dziwny nastrój. Ze ścian patrzyły na mnie ikony, na ołtarzyku leżała otwarta księga zapisana starocerkiewnym językiem (rosyjski czy ukraiński dałbym radę odczytać), w świecznikach sterczały na wpół wypalone świece, a w małym koszyczku leżały monety i niewielkich nominałów banknoty. Usiadłem na chwilę by ciszą uhonorować to niezwykłe miejsce.

Kapliczka na przełęczy przed Howerlą

Marek, jak zwykle w nowym lokum, przepakowywał plecak. Przygotowaliśmy sobie wygodne miejsca do spania na ławach-leżankach zbitych z grubych dech. Posiłek przyjmowaliśmy czytając teksty wypisane przez poprzednich turystów na prześcieradle pełniącym funkcję obrusa. Dziwił nas względny porządek, pozostawione niewielkie kwoty hrywien i rubli białoruskich, nie dopita tania wódka. Dziwił nas niezmiernie pozytywnie. Nocny deszcz skwitowaliśmy spokojnym przekręceniem się z boku na bok.

Poranek nie był już tak śliczny jak poprzednie dni. Dla dobra ogółu, i żeby na sknery nie wyjść wzbogaciliśmy chatkę o naszą nie dopaloną świeczkę, ale na obrusie nie utrwaliliśmy naszych imion. W dwie godzinki wyszliśmy nad granicę lasu. Minąwszy drugą chatkę, już nie tak śliczną jak pierwsza, weszliśmy na grań. Średnio stroma, kamienista ścieżka wyprowadziła nas na najwyższy szczyt Ukrainy – Howerlę.

Dziwny to był widok: niespodziewanie duże ilości słupków, tablic, jakiś krzyż, zabetonowana stalowa puszka z napisem sugerującym otwarcie w dziesięciolecie pomarańczowej rewolucji. A na tym wszystkim napisy z imionami zdobywców szczytu, datami i nazwami miast, z których przyjechali. Ot takie – ni to złomowisko, ni to miejsce pamięci. Mocno wiało, pogoda kiepściła się, więc nie zabawiliśmy dłużej, niż to było niezbędne, by rozejrzeć się i zrobić kilka zdjęć.

Widok z Howerli na dalszą trasę w kierunku południowo-wschodnim

Postój zrobiliśmy na najbliższej przełęczy. Schowani na zawietrznej, w głębokiej trawie prawie nie odczuwaliśmy silnego, zimnego wiatru. Nawet słońce jakby momentami lekko nas podgrzewało. Szkoda było opuszczać tak przytulne miejsce, jednak szmat drogi przed nami nie pozwalał na zbytnie wylegiwanie.

Mały rzut oka wstecz, na Howerlę.

Howerla, najwyższy szczyt Ukrainy

Po kilku godzinach marszu, wielu małych i kilku większych szczytach dostrzegliśmy wreszcie głęboką przełęcz z jeziorkiem Niesamowitym. Nie zważając na rezerwat, tam planowaliśmy nocleg.

Podczas schodzenia do jeziorka zwiodło nas tradycyjne górskie złudzenie: patrzysz – daleko; idziesz – rzeczywiście daleko. Jeziorko rosło, my schodziliśmy, ono rosło – i tak dobrą godzinę.

Jezioro Niesamowite pełni na Ukrainie taką samą rolę, jak nasze Morskie Oko. Z tą różnicą, że tu nie ma żadnego schroniska, nie dochodzi żaden asfalt i oczywiście góry niższe o jakieś pół kilometra. Jest jeszcze jedna różnica, nie tylko z racji miejsca ale i obyczajów. Otóż Ukraińcy raczej nie zabierają ze sobą śmieci; porządniejsi wywalają puszki, butelki i inne świństwa na jedną wielką kupę, a mniej porządni zostawiają w miejscu obozowania.

W ogóle, z tego co zaobserwowaliśmy po śladach, to ukraiński turysta zabiera ze sobą w góry: namiot, garnek, siekierę, konserwy, wódkę, farbę olejną i pędzel. Siekiera potrzebna jest po to, żeby wyciąć trochę kosówki. Miejsce przyda się pod namiot, igliwiem można umościć spanie, a grubsze fragmenty gałęzi posłużą za opał pod garnkiem. Ugotowaną strawę popija się wódką wywalając butelkę byle gdzie, albo na wielką stertę. A farba i pędzel? Oczywiście po to, żeby utrwalić swe imię czy miasto na betonowym słupie wieńczącym szczyt, większym głazie, czy przypadkiem napotkanych ruinach. Całe szczęście, że pasmo Czarnohory ciągnie się na wiele kilometrów, turystyka na Ukrainie dopiero się zaczyna, a ludzie docierają głównie do dwóch, trzech szczególnie charakterystycznych punktów. Te kilka miejsc nie zaciera wrażenia dzikości, spokoju i niedostępności gór.

Rozpełzliśmy się po okolicy poszukując miejsca na namiot. Nie zabraliśmy siekiery, więc trzeba było znaleźć nie zarośnięty kawałek. Marek chciał nocować parę metrów od jeziorka, ja obstawałem za plackiem trawy schowanym pośród kosówki, która tutaj osiągała metr, a nierzadko i półtora wysokości. Po intensywnych poszukiwaniach udało się rozbić namiot w oddali od miejsc po ogniskach, skupisk puszek, stolców i rozmokłych tamponów.

Przy okazji rezerwat ukazał nam całe swoje piękno i zróżnicowanie. Pośród kosówki wiły się strumyczki wypływające z jeziorka. Czasem znikały pod kamieniami czy kosówką, czasem rozpływały się na niewielkich torfowiskach czy trzęsawiskach. Wodę czerpaliśmy ze strumienia, który wypływał ze skalnego rumowiska (w górach Świętokrzyskich zwanego gołoborzem a tutaj gorganem) i równie nagle po około dziesięciu metrach znikał pod kamieniami.

Posileni zupkami i konserwami, jak również strawą duchową, bo okolice jeziorka są naprawdę przepiękne, wpełzliśmy do śpiworków. Namiot stał na płaskim, trawiastym terenie było więc całkiem wygodnie, nawet przytulnie, ponieważ od wiatru chroniła nas kosodrzewina. Niestety, nie dane nam było zbyt długo pospać.

Koło pierwszej w nocy obudził nas deszcz i sporadyczne pioruny. Nie zburzyło to naszego spokoju, ponieważ stacjonowaliśmy na zawietrznej grani, więc burza powinna się rozładować na górach a i wiatr zleżeć, dodatkowo potem rozproszony na kosówce. Usnęliśmy z powrotem.

Godzinę, może dwie później gwałtowna burza zerwała nas ponownie. Grzmiało co chwilę. Liczyliśmy sekundy od błysku do grzmotu i gdy już wydawało się, że burza odchodzi, potężny grom tuż nad naszymi głowami komunikował, że to jeszcze nie koniec. Deszcz po prostu lał. Wiatr targał namiotem we wszystkie strony. Powoli zaczęły przeciekać ściany, nawet ta wejściowa osłonięta daszkiem i ustawiona od wiatru. Żeby ochronić śpiwory przed wodą najpierw położyliśmy na nie kurtki, potem jakieś folie. W końcu trzeba było spakować się i usiąść w kurtce na ostatnim suchym miejscu. Założyłem na siebie swoją żółta pelerynę i ni to w kucki, ni to na siedząco, zacząłem przysypiać. Marek wcinając pasztet podśmiewał się ze mnie. W świetle błyskawic, przypominałem mu Tofika ze skeczu o wampirach kabaretu Ani Mru Mru. Potem pustą puszką zaczął wylewać wodę zbierającą się w najniższym miejscu podłogi namiotu.

Koło czwartej, razem z powoli wstającym świtem, burza powoli ucichła. Wyleźliśmy na zewnątrz. Jeziorko, góry, śnieżne jęzory, kosówka, nawet namiot z zewnątrz wyglądały, jakby nic szczególnego nie zaszło. Wyrównaliśmy bilans wodny naszych organizmów podziwiając chmury oświetlane pierwszymi, pomarańczowymi promieniami słońca. Wyciągnąwszy powtórnie śpiwory, poszliśmy spać.

Po dwóch godzinach obudziliśmy się w pozycjach dokładnie takich, w jakich zasnęliśmy. Słońce już przygrzewało. Chmury zeszły poniżej nas, mieliśmy zatem piękny, daleki widok na góry i spowite mgłami doliny. Tropik i karimaty suszyliśmy na okolicznych krzakach. Nocne plany ucieczki z gór odeszły wraz z burzą.

Snieg spływający do jeziorka Niesamowitego

Pięknie było ruszać tego dnia na szlak. Widoki, ciepełko i ogólny kontrast z klimatem przebytej nocy nastrajały bardzo optymistycznie. Radośnie mijaliśmy kolejne słupki wyznaczające przedwojenną granicę między Polską a Czechosłowacją. To one głównie pokazują szlak, bo póki co ukraińskie szlaki znakowane są nadzwyczaj rzadko.

W porannym słońcu pięknie prezentowały się ośnieżone, rumuńskie szczyty.

Kolejny widok na Rumunię

Niestety, z każdą godziną pogoda pogarszała się. Wciąż wiejący z południowego zachodu zimny wiatr, nawiewał nieomalże zmrożone mgły. Widoczność pogarszała się i spadała nawet do kilkunastu metrów. Póki szlak wiódł trawą, wszystko było dobrze. Kłopoty przychodziły wraz z płatami śniegu. Nie dość, że ginęła ścieżka, to jeszcze trzeba było uważać, żeby nie zapaść się w śnieg, lub po nim nie zjechać, jeśli był zmrożony i mocno pochyły.

Krokusiki we mgle

Mijaliśmy kolejne szczyty. Wiele z nich nosiło jeszcze ślady ufortyfikowania z pierwszej wojny światowej. Raz widzieliśmy nawet resztki drutów kolczastych. Żal było tak biec i nawet się nie rozejrzeć. Jedna szczególnie głęboka i wąska przełęcz, mimo wyraźnych śladów wielu okopów nie skusiła nas na postój, z racji bardzo silnego wiatru i widoczności ograniczonej do kilku metrów.

Przycupnęliśmy gdzieś dalej, w śniegu, na zawietrznej, nie wiedząc czy pod nami jest stały grunt, czy też stromy stok. Głęboka bruzda, równoległa do grani, najdalej metr od nas, sugerowała ten drugi wariant.

Odpoczynek, ale czy bezpieczny?

Plany zakładały, że przejdziemy całe pasmo Czarnohory, aż do ruin polskiego obserwatorium astronomicznego na Popie Iwanie, a może nawet dalej. Jednak, skoro nic nie było widać, poważnie rozważaliśmy możliwość zejścia w dół. Teoretycznie można było odbić na północny wschód do wioski Dzembronia. Trzeba było tylko w jakiś sposób stwierdzić gdzie jesteśmy i znaleźć jakiekolwiek w miarę dogodne zejście. Nie było to łatwe we mgle.

Wtedy z pomocą przyszli nam Ukraińcy. Te z rzadka znaczone szlaki jednak są przydatne. Na szerokiej przełęczy zatknięto słupek z kilkoma strzałkami. I właśnie wtedy, gdy pojawiła się możliwość zejścia – coś mi odbiło. Zacząłem tłumaczyć Markowi, że skoro tu już jesteśmy, to głupio tak kończyć na parę kilometrów przed celem. Że granią jakoś się jednak idzie, a gdy zaczniemy schodzić, możemy natknąć się na duże śnieżne pola i tam dopiero będzie trudno zorientować się, dokąd iść dalej. Natomiast pamiętałem, że spod obserwatorium na Popie Iwanie schodzi droga. I generalnie, mimo słabo przespanej nocy, długiego marszu prawie bez przerw, czujemy się dobrze, więc idźmy.

Kupił to i ruszyliśmy na Popa Iwana.

Bardzo szybko góry utwierdziły nas w słuszności podjętej decyzji. Ścieżka opuściła rozległą przełęcz. Wiodła nas lekko w górę pośród coraz ciekawszych krajobrazów. Grań była bardziej poszarpana, tu i ówdzie wystawały kilkumetrowe skałki. Z północnego wschodu dołączył szlak i teraz szliśmy szeroką arterią – szeroką jak na Czarnohorę. Mijając coraz wyższe skały mozolnie zdobywaliśmy wysokość, wyczekując szczytu i już powoli niecierpliwiąc się. Jednak przez gęstą mgłę nadal nie było widać celu wędrówki.

Wreszcie, po ostatnich mocno stromych metrach, nieomal wpadliśmy na mury polskiego przedwojennego obserwatorium astronomicznego. Gmaszysko budzi respekt, ale i wzbudza wielki żal. Zmieniono granice – trudno. Ale czemu budynek w tak pięknym miejscu, wielki, mogący służyć za wspaniałe schronisko, nie jest nijak zabezpieczony i popada w ruinę. Po prostu żal patrzeć.

Planowaliśmy chwilę odpocząć kryjąc się od wiatru między murami. Na duchu podtrzymywała nas myśl o ciepłej herbacie, którą sobie ugotujemy w obserwatorium. Gdy dotarliśmy do głównych drzwi, nad którymi można dopatrywać się resztek wykutego dumnego orła, marzenia rozwiały się. Pozbawione stropów wnętrze było szczelnie wypełnione śniegiem. Suterena zachowała betonowy strop, ale resztki pieców kotłowni wymieszane z różnym podgniłym nowożytnym śmieciem nie zachęcały do odpoczynku. Przycupnęliśmy przy mokrej ścianie, na mokrej trawie, w wilgotnym mglistym powietrzu. Co kto miał to przekąsił. Może taka aura lepiej koresponduje z opuszczonym budynkiem...

Droga, której tu się spodziewałem (no jakoś to miejsce musiało przed wojną funkcjonować) majaczyła za czymś w rodzaju ruin bramy. Schodziła łagodnie, koleiny były coraz wyraźniejsze. Przechodziliśmy przez połoniny, mijaliśmy połacie coraz wyższej kosówki, powoli wychodziliśmy pod podstawę chmur. Na południe widać było północne rubieże Rumunii. W jakiś sposób fascynują mnie rejony przygraniczne. Niby jest to miejsce, gdzie zmienia się język, hymn, godło, waluta, napisy na sklepach – a krajobraz pozostaje jakby taki sam. No i ten lekki dreszczyk na myśl o pogranicznikach, być może zachowany jeszcze z socjalistycznego dzieciństwa.

Pierwsze widoki poniżej chmur

Zeszliśmy już z głównego grzbietu. Teraz droga prowadziła nas w poprzek zbocza, meandrując przy każdym przecinanym strumieniu. Było coraz więcej śniegu. Początkowe łatwe do przejścia śnieżne polanki łączyły się w coraz większe pola by w pewnym momencie całkowicie zakryć ziemię, a naszą drogę w szczególności. Trudno przebyć głęboki nieraz po kolana, topniejący śnieg. Dodatkowo trzeba było wypatrywać przypuszczalnego przebiegu drogi. Nie chcieliśmy szturmować zaśnieżonego lasu w bliżej nieokreślonym kierunku, narażając się na głębokie jary strumieni. Gdzieś u podnóża wielkiej białej polany zauważyliśmy niewielką przecinkę pośród drzew. Zakładając, że to nasza zagubiona droga brnęliśmy w jej stronę. I faktycznie. Spod śniegu wypływały dwa równoległe strumienie w odległości nie większej niż półtora metra. Tyle naklęliśmy na błądzenie w śniegu, że teraz łażenie po rozwodnionym błocie odbieraliśmy niemal jako nagrodę za trud.

Droga od obserwatorium, najprawdopodobniej w dół, bo gdzieżby indziej

W lesie śnieg już prawie stopniał. Czasem jednak pozostał. Szczególnie na małych polankach, gdzie wszystko przykrywał szczelnie, ale delikatnie. Marek przekonał się o tym wpadając po łydki w błotnistą kałużę, którą ja, szczęśliwym zrządzeniem losu, ominąłem.

Na prawo od drogi, przez las, majaczyła większa polana. Zbliżaliśmy się do niej i powoli zacząłem kojarzyć, że według mapy (jak zwykle wspaniałej mapy sygnowanej przez Gienieralnyj Sztab Sowietskowo Sojuza) powinniśmy przechodzić koło jeziorka. I faktycznie, zrzuciwszy plecaki, zboczywszy nieco od drogi, podziwialiśmy piękny staw, od jednej strony otoczony skalistymi górami, od drugiej mokradłami o niezmiernie bujnej i zróżnicowanej roślinności, a dalej lasem.

Bardzo ładne jeziorko

Przeszedłszy jeszcze kilkadziesiąt metrów, przeskoczywszy nad metrowej szerokości potokiem wypływającym z jeziorka i przecinającym drogę, znaleźliśmy się przy wiacie, wyraźnie postawionej tu ku pokrzepieniu serc tudzież zdrożonych nóg, ku większej rozkoszy płynącej z podziwiana żywej i martwej natury. Lokalni turyści i tu pozostawili swój namacalny ślad wzmacniania wrażeń za pomocą trunków.

To samo, bardzo ładne jeziorko

Jeszcze nie zmierzchało, ale my, wytrawni turyści, kierowani doświadczeniem jak i jednak dość dużym tego dnia wysiłkiem, powoli zaczęliśmy poszukiwać rozsądnego miejsca na nocleg. Po trzech, może czterech kwadransach marszu wyszliśmy z lasu na tereny użytkowane przez ludzi. Na wielkiej, nieregularnej polanie, czy raczej hali, poprzecinanej wieloma potoczkami, stało kilka osamotnionych chałup. Marek, jak to Marek, wolał uniknąć kontaktu z tubylcami. Narzekał, że będą pijani, że chałupy będą śmierdzące. Polemizowałem z nim, sugerując, że być może chałupy są tylko letnią wioską i o tej porze roku będą zupełnie puste. Wtedy usłyszałem, co w takim razie w tych chałupach mogę znaleźć, a raczej poczuć. I raczej nie chodziło mu o wodę kolońską ostatnich turystów.

Sraj, czyli pasterska letnia wioska

Ja, jak to ja, poszedłem sprawdzić. Z każdym krokiem chałupy wyglądały gorzej. Z kilku metrów, wręcz żałośnie. Patrząc z bliska, wchodząc na spróchniałe schodki, gdzieniegdzie tylko podparte luźno ułożonymi kamieniami, dziwiłem się, że w ogóle stoją. Sprawdziłem dwie z czterech chałup – jedna wyglądała na chwilowo opuszczoną, bo tu i ówdzie zauważyłem torebki foliowe z czymś, co mogło być kiedyś jedzeniem, druga najwyraźniej była obórką (stajenką?) dla owieczek. I kiedy zacząłem tracić wiarę w nocleg, kiedy wersja Marka powoli się urzeczywistniała, wlazłem do trzeciej chatki. Sprawiała wrażenie adaptowanej na warunki turystyczne. W pierwszej, dość dużej izbie zbito z desek piętrowe prycze. Druga izba była kuchnią, a zaraz za kuchnią, w malutkim pomieszczeniu znajdowały się dwie piętrowe prycze. Luksus tego pomieszczenia polegał na zabitym czarną folią oknie – po prostu tu nie wiało.

Chałupa była nasza. Cała wioska, cała hala była tylko dla nas. Nawet w oddali, na rumuńskich stokach, nie widać było żywego ducha. Marek odważnie poszedł dokonać ablucji w czymś w rodzaju huculskiego prysznica. Nawet głowę umył w wodzie z potoku!

Nieustraszony Marek myje głowę pod prysznicem w saraju

Zrobiliśmy żarcie, usiedliśmy w kuchni przy stole i konsumowaliśmy kontemplując widoki, nie obawiając się zbytnio zapowiadanego przez chmury deszczu. Naszym patrzeniem przez okno, parą z naszych kubków, zapachem kawy zbożowej, ożywiliśmy na chwilę tę chałupkę.

Ożywianie chałupy pasterkiej

Do rana zniknął ze stołu pozostawiony przez Marka kawałek chleba. Może jednak nie byliśmy jedynymi mieszkańcami?

Kontynuowaliśmy zapoczątkowane wczoraj zejście. Zawsze jest mi nieco przykro, gdy zmniejszam mój dystans do poziomu morza. Znaczy to przecież, że kolejna wyprawa dobiega końca. „Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie/ Gdy go losy w doły, w doły rzucą/ Wnet z tęsknoty ginie” – ta stara piosenka pasuje do mnie.

Droga była nieużywana przynajmniej od jesieni. Przełaziliśmy przez wiatrołomy, których nikt nie próbował nawet ściągać. Powoli wracaliśmy w obszar dominacji ludzkiej. Mijaliśmy pierwsze ogrodzone łąki, pierwszą krowę, ukazały się pierwsze dachy domów i wreszcie pierwsi ludzie, a jeden nawet na motorowerze.

Pierwsze wyraźne dowody na zbliżanie się do cywilizacji

Droga robiła się coraz szersza wchłaniając polne dróżki, tak jak rzeka wchłania strumyczki. Po paru kilometrach dotarliśmy do pierwszej wioski z prawdziwego zdarzenia. Co prawda nadal nie było asfaltu, czy jakiegoś innego śladu umocnienia drogi i wciąż brodziliśmy w błocie, ale mostek był betonowy, a nieopodal w barakowozie funkcjonował sklep z barem.

Cywilizacja coraz bliżej

Jednak naszą uwagę przykuwał pojazd pozostawiony przed barem. Był to wielki, przedpotopowy ZIŁ wyładowany więcej niż po brzegi długimi pniami drzew. Natychmiast stanął nam przed oczyma film „Baza ludzi umarłych” nakręcony mniej więcej na podstawie książki Marka Hłaski „Następny do raju”.

Weszliśmy do baru zasięgnąć języka. Najbliższy autobus (ciekawe, że w ogóle cokolwiek po takich bezdrożach kursuje) miał jechać za 4-5 godzin. Cieszyło to kilku miejscowych zapraszających do wspólnego picia. Nas zmartwiło, bo i głowa nie taka jak ukraińska, i wątroby żal, a przede wszystkim stracilibyśmy szansę dotarcia do Frankowska czy Lwowa na wieczór, żeby załapać nocny autobus do kraju.

Jedynym ratunkiem mógł być wspomniany pojazd. Odnalazłem kierowcę. Facet nie wykazywał entuzjazmu, ale też nie był szczególnie przeciwny dwóm autostopowiczom. Plecaków nie pozwolił zabrać do kabiny, wrzucił je na samą górę, między ubłocone pnie. Stał tam jeszcze chwilę rozmawiając przez komórkę, bo podobno pole tu jest słabe, a wyżej lepiej łapie.

ZIL

Przed odjazdem okazało się, że nie tylko my jedziemy ku cywilizacji. Obok kierowcy zasiadł chłopak w klapkach plażowych. Jak to zrobił, że głębokie, lepkie błoto nie zabrało mu niebieskiego obuwia – sam tylko wie. Usadzali się obaj chwilkę. Dzwignia zmiany biegów znalazła się między nogami plażowicza, musiał jednak uważać, żeby nie przyblokować kierowcy pedału gazu. Dzięki temu zmieściliśmy się i my.

W ZIL-e działały niektóre, co bardziej niezbędne podzespoły, na przykład rozrusznik i silnik. Ciężarówka ruszyła i poczułem, jak na permanentnych dziurach i wybojach buja nami wielotonowy ładunek. Na ile to było w ogóle możliwe, patrzyliśmy w lusterko, szukając oddalających się plecaków. Kierowca uspakajał, że tak łatwo nie spadną.

Zatrzymał nas patrol milicyjny. Oczywiście nikogo nie interesowało, że jedzie nas czterech w trzyosobowej kabinie, że nikt nie ma pasów, że pnie wystają powyżej burt i nie są spięte żadnymi łańcuchami, że plecaki mogą spaść na drogę. Ważne było tylko, czy kierowca ma papiery na drewno, które wiezie. Po sprawdzeniu i krótkiej pogawędce ruszyliśmy dalej.

Droga wiła się wzdłuż Prutu. Przez rozległe wioski przebiegała w miarę płasko, spokojnie, szeroko. Między wioskami była wąziutka, nierzadko stroma. Silnik wył na najniższych biegach wciągając wysoko tony drewna. Potem wręcz ryczał hamując przy zjeździe w dół. Nieprawdopodobne dziury przechylały nas to na stronę lasu, to na stronę Prutu płynącego głębokim przełomem daleko pod nami. Ni to „Camel Trofy”, ni to „Następny do raju” – ale wrażenia naprawdę mocne.

Po mniej więcej godzinie, przebywszy jakieś trzydzieści kilometrów, nie zgubiwszy plecaków dotarliśmy do szosy. Miejscowość nazywa się Ilcy, leży na trasie z Werchowyny do Iwano-Frankowska. Do marszrutki musieliśmy dobiec. Łatwiej biegać z plecakiem, niż wbić się do przeładowanego busika. Jak zwykle, koło pięćdziesięciu osób w najwyżej dwudziestoosobowym pojeździe. Znalazł się nawet ktoś z wieńcem pogrzebowym. Silnik działał, bo to cudo jechało. Ale jak przeszedł przegląd, skoro prędkościomierz stale wskazywał zero, a wskaźnik benzyny szalał między połową a pustym?

Parę godzin minęło, nim dotarliśmy na szalony dworzec autobusowy we Frankowsku. Panował tam zwyczajowy rozgardiasz motoryzacyjny. W pobliskiej knajpie zjedliśmy wyrób pizzo-podobny. Popijając piwo oczekiwaliśmy polskiego autobusu licząc na spokojny kres podróży.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy kierowca, zdecydowanie po terminie odjazdu, stwierdził, że nie opłaca mu się jechać. Powiedział, że niedługo jedzie ukraiński busik. Poszedł z nami do kasy i pomógł przepisać bilety na inny kurs. Oczekując na kolejny autobus, przyglądaliśmy się, jak energiczna pani w zielonym ładuje torby w luki bagażowe autobusu, który miał nie jechać.

Przyjechał nasz busik. Wsiedliśmy. Ruszył jakieś pół godziny po terminie. Zatrzymał się jeszcze w mieście, by zabrać dodatkowego pasażera. Delikwent wysiadł z czarnego BMW, a nasz kierowca niósł mu bagaż. Nie było to aż tak ciekawe, jak prawdopodobny los polskiego autobusu, którym pierwotnie mieliśmy jechać. Jak ktoś nam objaśnił, kierowcy dostają łapówkę od organizatorów mrówczego, czy normalnego przemytu. Pod byle pozorem pozbywają się pasażerów i wracają do kraju niby na pusto. Faktycznie zabierają bagaże i przekraczają granicę w sposób mniej angażujący celników, ale za to bardziej dla nich lukratywny.

Podróże kształcą!

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)