powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu LETNICH historyjek

Tę wyprawę zainicjowali Milena z Mariuszem. Zadzwonili do Artura z prośbą o wytyczenie trasy, zaproponowali wspólny wyjazd. Kto zna Artura wie, że nie trzeba go długo namawiać. Rozpostarł na podłodze mapy, przewodniki, sięgnął do własnych doświadczeń i biorąc pod uwagę brak górskiego doświadczenia niektórych uczestników, ustalił: Beskid Niski.

Milena, Asia i Mariusz jechali z Krakowa; Agata, Artur i ja z Warszawy. Punkt zborny ustalono w Króliku Polskim pod kościołem w godzinach popołudniowych.

Jazda była nieciekawa: deszcz, korki przy przebudowie dróg, częste postoje ze względu na moje narzekania, pielgrzymka za Kozienicami. Krakowianie trafili nawet na wyścig kolarski. Deszcz lał od rana, więc planowane przejście z Królika do Polan Surowicznych przez Jawornik jawiło się mało realnie.

Nikt nie był do końca pewien, czy w Króliku Polskim istnieje wspomniany kościół. Skład warszawski dotarł na miejsce pierwszy i stwierdził, że kościół jest i to nawet od dość dawna, bo od 1754 roku. Obok 500 letnia lipa i ślady bardzo dawnych umocnień (nie pytajcie z jakiej okazji, bo nie pamiętam). W tym czasie Krakowiacy tankowali i odreagowywali trudy podróży pod Krosnem. Pół godziny później wszyscy powitali się radośnie, moknąc na parkingu pod budynkiem nowego kościoła.

Jako że nikomu nie chciało się ruszać w kilkugodzinną trasę, wróciliśmy do samochodów i ruszyliśmy w miejsce, gdzie droga przebiega możliwie blisko chatki w Polanach Surowicznych. Pozostawiwszy samochody w Woli Niżnej, u bardzo sympatycznego leśniczego, ruszyliśmy w pierwszą trasę. Deszcz osłabł do dżdżu, błoto nie było zbyt ciężkie, szło się całkiem miło. Ktoś dostrzegł płynący nieopodal strumień i zażartował coś o klimacie Indiany Jonesa - cokolwiek proroczo. Za parę minut przechodziliśmy przez kładkę zbudowaną z rozpłatanego wzdłuż na pół pnia, genialnie uginającego się pod ciężarem człowieka, oczywiście bez jakiejkolwiek poręczy.

W Polanach są podobno dwie chaty, z czego jedna spaliła się w zeszłym roku i właśnie ją odbudowują. My szliśmy do tej drugiej, stanowiącej własność elektryków z Politechniki Warszawskiej. Chatkowa (bardzo ważna funkcja, to w chatce pierwsza po Bogu) miło nas przywitała. Potem spojrzała na mnie i radośnie stwierdziła, że nie ma problemu, bo Kluska (pies obojga Chatkowych) lubi kurduple. Ulokowała nas w pokoju zwanym, z nieznanych nam przyczyn, "Kabul". Pięcioro znajomych zajęło górne piętro pryczy, mi przypadła podłoga. Rozłożyli karimaty i śpiwory (od lewej: Agata, śpiwór i polar Artura, Milena, Mariusz, Asia), potem ruszyli jeść.

Wycieczka ulokowała się na pryczy, Polany Surowiczne, chatka Elektryków

W chatce były dwie kuchnie, z czego tylko ta dalsza, czynna. Wchodziło się do niej (mi zdecydowanie tego zabraniano) przez dość dużą i bardzo przytulną stołówkę. Na stołówce chatkowi grali w skrable, kości i jeszcze całe mnóstwo innych gier. Tutaj toczyło się główne życie chatki.

Zmęczeni po całodniowym podróżowaniu w samochodzie i na piechotę, uspokojeni i cokolwiek uśpieni blaskiem świec, poszliśmy spać koło dziesiątej. Mariusz bardzo protestował, ale niedużo czasu zajęło mu dołączenie do chrapiących. Życie w górach toczy się zupełnie inaczej.

Rano co poniektórych obudził przemarsz stada krów i bliżej niezrozumiałe krzyki pasterza kierowane do psa. Inni spali mocno, więc znów zapadła cisza przerywana chrapaniem. Koło dziewiątej Artur nie wytrzymał. Z pryczy zdrapały się też Agata i Milena. Padało. Nie było po co zrywać Mariusza i Asi, skoro i tak wymarsz nie miał sensu. Artur, już przy planowaniu wycieczki, określił ją mianem emeryckiej, zatem pośpiech z dyscypliną zostały jeszcze dalej niż samochody. Leniwe śniadanie to coś, co niezmiernie podkreśla wolny charakter dnia - to właśnie było nam dane w piątkowy poranek.

Nieoczekiwanie, kolo dziesiątej, jedenastej przestało padać. Do tego czasu wszyscy zdążyli wstać i zjeść. Były co prawda plany wymarszu w pełnym rynsztunku, czyli z plecakami namiotami, na Jawornik i dalej do Zawadki Rymanowskiej, ale z racji późnej godziny spaliły na panewce. Udaliśmy się więc zobaczyć cerkwisko i ruiny dzwonnicy. Drewnianą cerkiew z 1728 roku rozebrano po ostatniej wojnie, ale nadal stoją ruiny murowanej dzwonnicy wystawionej dwa lata później. Arturowi zrobiło się smutno, bo zawsze wzrusza go porośnięty pokrzywami cmentarz.

Dzwonnica, Polany Surowiczne

Nasz przewodnik, za pomocą mapy i kompasu, ustalił kierunek na najbliższą górę zwaną Polańska. Co prawda widać ją było gołym okiem, ale chłopak widać lubi się pobawić.

Minęliśmy naszą chatkę, minęliśmy stado krów, kilka koni (do których tuliły się Agata z Mileną)...

Agatka z Mileną przytulają się do konia, Polany Surowiczne

...i przez pierwsze błoto, podgryzłszy kilka malin, dotarliśmy na szczyt Polańskiej. Mimo bardzo kiepskiej pogody i mizernej widoczności, było na co popatrzeć. Artur zaproponował jedzenie malin bądź zwiedzanie okolicznych pagórkow.

Polańska, szczyt

Nikt nie podchwycił tematu. Wtedy wpadł mu do głowy jeden z jego głupich pomysłów. Kto go zna, puszcza je mimo uszu. Milena widać nie poznała go jeszcze z tej strony, albo chciała przeżyć przygodę, skoro zgodziła się ochoczo. Pomysł był taki, żeby ruszyć na północ, w dół do potoku, potem wzdłuż niego na wschód, hipotetyczną, przewidywaną przez Artura drogą; na południe, drogą o której wspominał ktoś w chatce i finalnie na zachód, przez dolinę Polan Surowicznych, do chatki. Jednym słowem teren dziewiczy, o którym niczego nie wiedzieliśmy na pewno.

Artur, z lekkim uśmieszkiem studiował mapę, przyłożył kompas, pomyślał, pogmerał i wyciągnąwszy rękę w kierunku zwartej ściany zieleni oznajmił: tam.

Polańska, Przedzieramy się przez zielony busz

I zaczęło się. Krzaki kilkumetrowej wysokości, gęste żywe lub suche gałęzie, w każdym niezakrytym krzakami miejscu niezmiernie rozwinięta roślinność z łodygami na wysokość człowieka, na dole trochę pokrzyw i próchniejące konary drzew połączone długimi, kolczastymi pnączami jeżyn. Czasem, gdzieś pod tym wszystkim, znajdowałam swoją drogę, nie raz musiałam czekać, aż ktoś mi pomoże i przygnie zagradzające gałęzie. Nie wiedzieć czemu, wszyscy wpadli w bardzo radosny nastrój.

Artur, co jakiś czas spoglądając na kompas upweniał się, że idziemy w dobrym kierunku, co niezmiennie, kwitował wyciągniętą przed siebie ręka i stwierdzeniem: tam.

Polańska, Artur wskazuje drogę

Po pewnym czasie busz stopniowo przeszedł w las i skończyło się przedzieranie. Nie za gęsto rosnące wysokie buki, ściółka z wielu pokoleń opadłych liści, gdzieniegdzie gnijące wiatrołomy, przemykająca sie salamandra (niestety cały czas łaziła i niekorzystnie wyszła na zdjęciu) - tak wygląda spokojny, cichy, nietknięty przez człowieka las.

Polańska, Początki strumienia

Artur znów zaczął coś kombinować. Nie pasowały mu, powoli rysujące się wąwozy potoków, które z każdym naszym krokiem po północnym stoku góry, stawały się głębsze. W pewnym momencie zdecydował, że lepiej będzie zejść do takiego jaru, niż na dole napotkać skarpę potoku, z której przecież zejść się nie da. Oczywiście nikt mu nie wierzył, dopóki nie zlazł na sam dół, pomiędzy błoto, kamienie, wodę i kolejne połamane drzewa. Reszta wycieczki, trochę zdziwiona, powoli zsunęła się po stromych ścianach wąwozu.

Polańska, Schodziny do wąwozu

I znów się zaczęło - tym razem jak łososie na tarło, tylko że my w dół, z nurtem. Pokonywaliśmy małe wodospadziki, przerzucone w poprzek, czasem wzdłuż połamane drzewa, błotniste osady, w które nie można było wejść. Mimo wszystko, Artur nadal utrzymywał, że to jest najbardziej dogodna droga.

Polańska, Wodospadzik

Po pewnym czasie potok nie opadał już tak gwałtownie, co było wyraźnym znakiem, że dochodzimy do właściwej doliny.

Polańska, Koniec wąwozu

Hipotetyczna droga rzeczywiście istniała. Nie była to jednak droga w tradycyjnym znaczeniu. Głębokie koleiny, co kilkaset metrów przepływający w poprzek potok i błoto po kolana nie ułatwiały marszu.

Beskid niski, Droga

Czasem to oni przesadzali i po brzuch we wspomnianym błocie musiałam czekać, aż zdecydują się, czy będą iść przez chaszcze po prawej, czy po lewej stronie drogi.

Beskid niski, Droga i pies (Azja)

Tę, jak wiele innych dróg, rozwalili pracownicy leśni.

Artur na spychaczu

Trudno się spodziewać, żeby jeżdzenie ciężarówkami z napędem na trzy osie, albo spychaczami gąsienicowymi nie powodowało spustoszeń.

Beskid Niski, Droga

Jeszcze kilka razy przeprawiwszy się przez potok, wyprawa dotarła do śladów Wernejówki, czyli kolejnej wysiedlonej po wojnie wioski.

Beskid Niski, Przeprawiamy się przez potok

Niestety, dotarliśmy od strony wysokiej skarpy nad wezbranym Wisokiem, więc nie dało się ani zobaczyć resztek zabudowy, ani docenić przełomu rzeki. Tutaj, według słów chatkowych, mieliśmy spotkać drogę powrotną. No i rzeczywiście, po dokładnym spenetrowaniu okolicznych krzali, po małej przerwie na składowisku drewna, dostrzegliśmy dwie nieśmiałe koleiny pośród bujnej roślinności. Niegdyś musiała być to uczęszczana droga, teraz nawet nie istnieje na zwykłych turystycznych mapach.

Trochę zmęczeni, w nie tak już rozkosznych nastrojach, dotarliśmy do szerszej, głównej drogi gruntowej. Minęliśmy kilka drobnych strumyczków, kilka rozległych błock, niejeden zapomniany przydrożny krzyż schowany w niebywale wysokich pokrzywach.

Wisłok, z podwyższonym stanem i wodą w kolorze kawy z mlekiem wyglądał naprawdę poważnie. Na samym początku doliny po wsi Surowica, od strony zachodniej, wpada do niego strumień. Zbiera wody z całej doliny po Polanach Surowicznych i u ujścia jest dość szeroki, szczególnie po opadach. Artur stanął na brzegu, potem dał kroka na małą wysepkę i zatrzymał się kombinując co zrobić dalej. Próbowałam przejść koło niego, jednak woda zaczęła mnie porywać, a Agata zaraz kazała wrócić. Kombinował i kombinował. Nie było szansy na przejście suchą nogą. Nie było kładki, ani nawet wystających kamieni. Można było ściągnąć buty i przejść. Jednak człowiek na bosaka, z butami w ręku, chwiejący się na kamieniach wygląda śmiesznie i mało elegancko. To sposób dla cieniarzy. Nagle Artura olśniło: Wiecie, jest jeden taki sposób, którego uczyli mnie SKPB-ole (Studenckie Koło Przewodników Beskidzkich). Otóż należy wybrać stosunkowo płytką drogę przez strumień, rozpędzić się i przebiec silnie uderzając stopami w wodę. Wtedy woda rozstępuje się jak przed ludem wybranym, a gdy jesteśmy dostatecznie szybcy, zabieramy nogę, zanim woda zbierze się na powrót. I z mniejszym przekonaniem dodał: Taka jest teoria...

Oczywiście był to jeden z jego głupich pomysłów, którego nawet sam nie brał, póki co, poważnie. Tym bardziej był zaskoczony, gdy obok, z bojowym okrzykiem, przemknęła Milena...

Potok Polański, biegnie Milena, w tle Mariusz

...i zaraz była po drugiej stronie - cała rozradowana. Teraz nie wypadało mu juz dalej rozmyślać. Po chwili wszyscy stali na właściwym brzegu.

Krótka wymiana zdań upewniła członków wyprawy, że nie mają w butach szczególnie więcej wody niż przed kwadransem. Z tego wniosek, że mokre obuwie jest wodoodporne. A mnie i tak nikt nie pytał.

Właściwa droga odbijała na zachód, już bezpośrednio w kierunku chatki. Niestety, wiła się i przecinała wielokrotnie z dopiero co przebytym strumieniem. Po kilkudziesięciu metrach, już bez zbędnych ceregieli, wszyscy tym samym dziwnym sposobem przebyli bród. Z lekkim zdziwieniem obserwowałam wyczyny mojej Agatki.

Potok Polański, Agatka

Chcąc uniknąć kolejnego biegania, wleźliśmy na stromy brzeg i wyszliśmy na łąki. Wąziutką, co chwila ginącą ścieżynką, dotarliśmy do cmentarza. Przypuszczalnie, większość krzyży nagrobnych była drewniana i dlatego do dziś zachowały się tylko nieliczne, żeliwne na kamiennych postumentach. Po drugiej stronie cmentarza zobaczyliśmy dzwonnicę, tę którą oglądaliśmy z rana.

Jeszcze tylko jeden wąski strumyczek i już będziemy przy chatce. Dotarłszy doń wszyscy zaczęli się śmiać. Rano, gdy był to pierwszy pokonywany strumień, wydawał się szeroki, wymagający. Teraz, gdy mieliśmy za sobą całe mnóstwo dużo szerszych, gdyby nie poranna przeprawa, nawet nie zauważylibyśmy jego istnienia.

W chatce pojawili się nowi goście, niektórych ubyło. Moja wycieczka rozproszyła się po pomieszczeniach, niektórzy wybyli do kibelka - niesubordynowana grupa. Ile trzeba było się nabiegać, ile wyć, ile szukać, żeby się nie pogubili. I jeszcze ciągle zamykali drzwi wyjściowe i wypędzali z kuchni.

Artur też miał kłopot. Troje ludzi usadowiło się na podłodze pod pryczą. Nic mu się nie podobało: ani to, że się nie przywitali, ani ich bajeranckie, nowiutkie kubeczki typu miastowo-turystycznego, ani nowiutkie kurtki i spodnie goretexowe, ani nawet mapy trzydziestki (w skali 1:30 000), na których przypuszczalnie można dostrzec co większe skupiska chwastów. Bardzo przeżywali opracowywanie trasy i gęste poziomice na drodze - w dużym stopniu tej, którą dziś szliśmy. Artur nie jest tolerancyjny; zdecydowanie nie.

Każdy coś tam wcinał. Przecież była pora późno-obiadowa. Ja też coś tam schrupałam, ten i ów coś mi dał, trochę podgryzłam Klusce, wspomnianemu psu chatkowemu.

Kolejny głupi dowcip Artura: to przedobiednią wycieczkę mamy zaliczoną, a dokąd idziemy po obiedzie? No i znów Milena podchwyciła temat. Coś tam zaczęła sprawdzać, że niby im chleba nie wystarczy, że woda mineralna się kończy. Mariusz z odnowioną kontuzją został, Asia jawnie przyznawała się do zmęczenia - reszta ruszyła. Był wieczór, nie spieszyło się nam. Dotarliśmy do Woli Niżnej; arturowym samochodem (jakoś pomieścili się wszyscy) do Jaślisk i z powrotem. Z Woli do Polan jest niepełna godzina marszu. Wyruszając o zachodzie mieliśmy już naszykowane latarki. Faktycznie, przydały się gdy dochodziliśmy do chatki iluminowanej od środka świeczkami.

Następnego dnia, z samego rana, gdy usłyszeliśmy krowy i niezrozumiałe krzyki pasterza, do pokoju wszedł Krzysztof-chatkowy i odpiął smycz. Zabrał mnie na zewnątrz. Pierwszy raz widziałam prawdziwą krowę, a on, nie wiedzieć czemu, spodziewał się, że wstąpi we mnie instynkt psa pasterskiego. Kiedy próby ciągania mnie za krowami niczego nie przyniosły, zaczął szczekać dając mi przykład. Nie uległam - miastowy pies nie biega za krowami! Odprowadził mnie do pokoju.

A tu powtarzał się wczorajszy scenariusz. Obudzili się Agatka z Arturem, Milena udawała, że śpi, a Asia i Mariusz nie dawali się ściągnąć z wyrka. Deszcz, może słaby, ale padając nie zachęcał do wypadów po okolicy.

Chatkowi grali w karty, wypełniali rubryczki sudoku. Opróżnialiśmy jakąś puszkę planując dzisiejszy dzień. Moszczaniec wyglądał na niezły cel podróży. Podobno jest tam sklep, można kupić piwo. Otrzymawszy dobre rady od stałych bywalców chatkowych na temat trasy, pozostawiwszy wciąż niesprawnego Mariusza, który pół nocy ognia na kuchni pilnował, ruszyliśmy na podbój Moszczańca.

Szczęście sprzyjało nam już na pierwszych metrach. Dziewczyny zauważyły wóz konny, a Artur pobiegł poprosić woźnicę o podwózkę. Wóz wyglądał zjawiskowo - zaprzężony w dwa konie, powożony przez faceta w mniej więcej kowbojskim kapeluszu z długimi rudawymi włosami sięgającymi za ramiona, z budą osłoniętą pocerowanym i zszarzałym brezentem w kształcie przypominającym wozy pionierów z dzikiego zachodu. W tym momencie fakt uratowania przed łażeniem przez kilka brodów nie był już tak ważny, jak samo wydarzenie przejechania się takim wozem. Wszystko trzeszczało jakby się miało rozpaść i musiałam dodawać sobie otuchy pomrukami.

Przy brzegu Wisłoka nasze drogi rozeszły się. Wóz pojechał na północ, do Puław (takich tutejszych, lokalnych), a my ruszyliśmy na południe.

Polany Surowiczne, Taksówka

Droga prowadziła nas przez łąki po dawnej wsi Surowiczne. Mimo kałuż i sporadycznego błota była całkiem wygodna. Niestety, dosyć szybko dotarliśmy do brodu przez Wisłok. Nadal był wezbrany, nadal płynęła nim woda w kolorze kawy z mlekiem - nawet nie można było marzyć o przejściu. Nie było innego wyjścia jak puścić Artura przodem, żeby utorował ścieżkę pośród traw, pokrzyw i ostów czasem przewyższających wzrostem człowieka (no, przewyższających raczej dżokeja niż koszykarza).

Na łąkach powyżej, może bez drogi, ale szło się już łatwo. Po drugiej stronie doliny widać było dachy leśniczówki powstałej na miejscu wsi Darów.

Beskid Niski, Leśniczówka Darów

Przedarłszy się w poprzek przez początkujący strumyczek, dotarliśmy do asfaltowej drogi. Z radością pobiegliśmy na pobliski most popatrzeć na Wisłok. Niesamowicie wyglądała woda jakiegoś małego potoku, która będąc przeźroczystą wpadała do zmąconych wód Wisłoka. Widać było jak miesza się, zanika.

Jak już Artur załapał gdzie jest i pokazał właściwy kierunek, ruszyliśmy asfaltem nieopodal smolarzy, wypalających w retortach węgiel drzewny.

Beskid Niski, Wypalanie węgla drzewnego

Ot, takie sobie sielskie widoczki.

Beskid Niski, Źródełka, Moszczaniec - okolice

Zbliżaliśmy się do stada krów. One też nas dostrzegły, dziwiły się nieczęstym w tym rejonie turystom, bardzo chciały dokładniej nas obejrzeć. Agata, równie zainteresowana co rozbawiona, zaciągnęła mnie do zdjęcia.

Azja, Agata i ciekawskie krowy, Moszczaniec - okolice

Moszczaniec to zupełnie nieciekawa, poPeGeeRowa wieś. To co przetrwało wojnę zostało zniszczone, postawiono zupełnie nie pasujące tu prostopadłościenne bloczki mieszkalne. Pijąc pod sklepem piwko planowaliśmy drogę powrotną. Wszyscy przyznali rację Arturowi, że wracanie tą samą drogą, na dodatek przez parę kilometrów asfaltową, nie jest przyjemne. Po raz pierwszy podczas tego wypadu wyszło słońce. Pozytywnie nastrojeni ruszyliśmy w górę. Zaraz za niewielkim pagórkiem można było podziwiać panoramę ponad Wisłokiem Wielkim - zapewnie gdzieś tam widać pierwsze szczyty Bieszczadów, w szczególności Chryszczatą.

Beskid Niski, Widok w kierunku na Wisłok Wielki i Bieszczady

Nasza trasa biegła w las, taką to dogodną, choć niezbyt suchą drogą.

Beskid Niski, Mokra droga

Poprzez łąki, w słońcu, z pięknymi widokami na smolarzy i szczyt Polańskiej szliśmy w dół, zbliżając się nieuchronnie do potoku. Artur wyciągnął mapę i dopiero teraz zrozumiał, że mostu, to na naszej drodze raczej nie będzie. Poprzez nadbrzeżne krzale, do samego potoku przeprowadził nas najdogodniejszą jego zdaniem drogą, czyli malutkim wąwozikiem malutkiego dopływu. Potok okazał się dość szeroki, bardzo wartki i niestety, głęboki przynajmniej po kolana. Na nasze szczęście, parę metrów dalej, kilka podmytych drzew wraz z karpami utworzyły coś na kształt kładki.

Pierwszy poszedł Artur - wymyślił tę drogę, czy się pomylił - wszystko jedno, niech się teraz męczy. Opróżnił plecak i wrócił po mnie. Wreszcie pomyśleli, ze mogę mieć kłopoty. Pozwoliłam się przenieść. Potem, odważnie, o własnych siłach, przeszły po kolei Agata, Milena i Asia.

Przeprawa przez potok Moszczaniec

Po kolejnych kilkuset metrach przedzierania przez krzaki z pokrzywami wyszliśmy na szutrową drogę koło opuszczonych zabudowań socjalistycznego gospodarstwa.

Przy przemierzaniu rozległych łąk towarzyszyły nam piękne widoki.

Beskid Niski, Ot taki sobie widoczek

Spokojny marsz przez łąki sprzyja przemyśleniom. Ciekawie wypadło porównanie odczuć Artura z odczuciami Agatki i Asi. Wszystkim wycieczka, zarówno dzisiejsza jak i wczorajsza sprawiła wiele radości. Jednak dla dziewczyn był to przedsionek szkoły przetrwania, ekstremalne przeżycia. A Artur spokojnie twierdził, że to po prostu obcowanie z przyrodą, funkcjonowanie na jej zasadach, wtapianie się w naturę.

Widoki bywały zaskakujące. Czasem wyglądało to tak, jakbyśmy podziwiali świat z pokładu szybowca.

Beskid Niski, Widok prawie z szybowca

Wycieczka miała się ku końcowi. Wróciliśmy do drogi przez brody, którą rano przemierzaliśmy na wozie. Ktoś szedł za nami, a że najwyraźniej miał dużo lepszą od nas kondycję, szybko nas wyprzedził. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był to nasz poranny woźnica. Jak wyjaśnił, zawiózł konie do Puław do podkucia. Wyjaśnił i popędził dalej.

Polany Surowiczne, uczęszczana droga

Po powrocie miło było popatrzeć na chatkę w słońcu i malwach.

Polany Surowiczne, Chatka Elektryków

Mariusz, wyraźnie dobrze zadomowiony, powitał nas jeszcze przed wejściem. Posprzątał pokój, uporządkował nasze zapasy i widać było, że funkcja chatkowego przypadłaby mu do gustu.

Spożywszy obiadek, przystąpiliśmy do deseru, czyli ciasteczek, czekolady i dobrego, taniego wina. Co prawda w chatce obowiązywała prohibicja, ale uznaliśmy, że dwie noce spędzone pod jej dachem i zapoznanie się z okolicą usprawiedliwia złamanie zakazu.

Polany Surowiczne, Chatka Elektryków, Pijemy deser

Mi wina nie dali. Dobrze, że choć pozwolili położyć się na podłodze zwiniętego namiotu.

Polany Surowiczne, Chatka Elektryków, Wypoczynek po trasie

Następnego dnia, znów o świtaniu, koło chatki przechodziły krowy. Pędził je znany nam woźnica. Chatkowa twierdzi, że tekst wykrzykiwany przez niego do psa brzmi: bierjątychuju - jednak imienia psa, nawet jej, mimo wielodniowych nasłuchiwań, nie udało się ustalić.

W czasie niedzielnego zwlekania z wyrka wyszło na jaw, że dobre, tanie wino nie wszystkim posłużyło. Już w przeddzień, przy odbudowywanej chacie, stał gazik.

Polany Surowiczne, Obiekt marzeń Artura - GAZ

Mariusz z Arturem, skojarzywszy te dwa fakty poszli uzgadniać transport. Szczęście nas nie opuszczało. Sowa, właściciel tego pięknego pojazdu miał coś do załatwienia w Jaśliskach, a najdogodniejsza droga biegła tuż przy leśniczówce, gdzie stały nasze samochody.

Ponieważ było jeszcze trochę czasu do wyjazdu, Asia, Mariusz i Artur porąbali w czynie społecznym, a raczej w zamian za darmowy nocleg, dwie metrówki (metrowej długości pnie drzewa). Nie za wiele, ale zawsze coś.

Pożegnanie z chatkowymi i chatką było miłe, ale smutne. Do dobrego wypoczynku bardziej potrzebna jest cisza, spokój, mili ludzie niż bieżąca woda, prąd czy telewizja. Trzeba przyznać również, że mimo braku wody i prądu, mimo wyraźnie skromnych funduszy, chatka jest naprawdę czysta i zadbana.

Bez problemu wszyscy weszliśmy na gazika. Sowa ruszył bardzo spokojnie. Artur cały czas komentował technikę jazdy, chwalił się swoimi osiągnięciami za kierownicą GAZa sprzed kilku lat. Maszyna powoli i mozolnie pokonała strumień, potem buksując wszystkimi kołami wciągnęła nas na górę. Po kilku minutach byliśmy przy leśniczówce.

Serdeczne pożegnania zakończyły tę emerycką wycieczkę z pieskiem w Beskid Niski.

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)