powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu JESIENNYCH historyjek

Było mi smutno. Namawiałem znajomych na wspólny wyjazd, ale nikomu się nie chciało. Niewiele myśląc spakowałem się i wsiadłem do pociągu. Nie miałem konkretnego planu podróży. Wszystko mialo się samo wyklarować na miejscu. Jedno było jasne, że chcę się przejść przez najwyższe partie Bieszczadów. Miałem również i inny, szalony pomysł, ale o tym później.
Przypadek sprawił, że tym samym pociągiem jechało dwoje znajomych przewodników beskidzkich. Podróż w towarzystwie mijała szybko. Kolega zapytał, czyja kosmetyczka leży na półce - pokazując na mój plecak. Wiem, że pojemność 54 litry to nie za wiele, ale żeby od razu kosmetyczka?
Znajomi, zgodnie ze swoim zwyczajem, co jakiś czas rzucali monetą w celu ustalenia dalszej trasy. Traf chciał, że dojechali ze mną aż do Łupkowa, czy Cisnej. Ja dotarłem do Kalnicy, skąd jest już niedaleko do mojego ulubionego bieszczadzkiego schroniska - Jaworca.

Widok z Jawor(z)za

Było cicho, pusto, troche smętnie. Słychać było przelatujące w oddali ostatnie pszczoły. Wyciągnąłem z plecaka coś do jedzenia, zamówiłem herbatę, usiadłem w końcu jadalni, przy oknie. Znasz to miejsce? Lubię tam siadać. Ty też?
Po chwili chłopak, który w okienku podał mi herbatę, zjawił się koło mnie. Patrzyliśmy sobie tak przez okno. Było cicho, już nie tak pusto, wciąż jednak leniwie, domowo. Wspomniałem coś o pięknej jesieni. Wtedy on, wyraźnie poruszony, zaczął opowiadać. Zwierzył mi się, że co rano siada przy tym oknie i patrzy na las, patrzy na drzewa i sprawdza, które to przestało być zielone, które zżółkło, a które już zabiera się za czewienienie. Coż mogłem powiedzieć, z moimi miastowymi problemami? Pozazdrościłem. Zamarzyłem sobie wtedy posiedzieć w tym, a przynajmniej takim schronisku, przez dobry tydzień. Pracować za przysłowiowy wikt i opierunek. Móc po pierwsze cieszyć się taką ciszą, takim spokojem, a po drugie, stanąć po drugiej stronie okienka. Ciekawe mam marzenia, prawda? ;)
Przespałem się, ruszyłem na Wetlińską.

Jesienne drzewa nad Jawor(z)cem

Przecudnej urody drzewa ukazywały się moim coraz bardziej radosnym i spokojnym oczom. W większości były nadal zielone, jednak wyrażnie przyprószone jesienią. To, co działo się nad moją glową zwyczajnie zapierało dech.

Jesienne drzewa nad głową Artura

Zielone przeplatały się z czerwonymi.

Brzoza i buk - chyba

Szkoda, że na zdjęciu tak słabo widać (widać?) jarzębinę upstrzoną owockami.

Zbocze Smereka

Dalsza droga stokami Smereka...

Zbocze Smereka

Jakoś tak wyszlo, że z Połonimy zdjęć nie mam. Ale przecież tam brak drzew, to co miałem fotografować?

W oddali Połonina Wetlińska

Dotarłem do schroniska pod Rawkami. Nocleg utrudniały mocno osowiałe osy łażące wszędzie i po wszystkim. Biedactwa już sobie usypiały, a tu nagle się ciepło zrobiło. Jakoś udalo sie nam, ludziom, mniej ucierpieć na współistnieniu - innymi słowy - razem ze współspaczami wytłukliśmy całkiem sporo tego robactwa.
A raniutko znów wyruszyłem. Dział, udekorowany rudymi trawami, pięknie się przedstawiał. (Jakby kto nie wiedział - w tle Wetlińska w calej swej okazałości)

Widok na Dział

Rzut oka w tył, na Rawki, tuż przed wejściem w las.

Jesienne Rawki

Na ostatnie zdjęcie załapała się Caryńska, w widoku z jakiejś z polanek u podnóża Rawek. Prawda, że trawy na pierwszym planie są genialne?

Połonina Caryńska

Na tym, niestety kończą się zdjęcia, jednak nie kończy się opowieść. Bez większych przygód i kłopotów przeszedłem przez Ustrzyki, posiliwszy się nieco. Kierowany moim szalonym, a niezdradzonym póki co pomysłem, dotarłem do Wołosatego. Ktoś przy szlaku schodzącym z Tarnicy zapytał mnie o godzine. Jakże miałem mu odpowiedzieć, skoro nie miałem zegarka, skoro byłem wolny? I tak się wtedy czułem. Nie można czuć się inaczej w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Montonną drogą dotarłem w górę, do końca asfaltu, do wiaty pod Rozsypańcem. To właśnie był mój cel. Usiadłem na ławce. Nie robiłem niczego. Przyglądałem się ludziom idącym w góry, rozmawiałem z wracającymi, utrudzonymi. Z godziny na godzinę coraz mniej ludzi szło w górę. Jakaś zmęczona emerytka narzekała, że nie ma transportu z Wołosatego. Jacyś młodzi ludzie zaczęli się dziwić moją obecnością. Wyjaśniłem co tam robię.
Otóż wymyśliłem sobie spacer po połoninie w świetle Księżyca. Tak kombinowałem wyjazd, żeby załapać się właśnie na dni w okolicach pełni. Teraz, aby najłatwiej spełnić moje marzenie, należało się przespać w wiacie na granicy lasu. Obudzony, jak jaki wilkołak, światłem księżycowym, miałem ruszyć na Bukowe, może podziwiać tam wschód Słońca. Muszę się pochwalić, ze wspomniani młodzi ludzie niezmiernie mi pozazdrościli pomysłu. Pomogli mi zebrać drewno na zaplanowane, choc zupelnie nielegalne ognisko w wiacie parku narodowego. Razem rozpaliliśmy niewielki ogień. Słońce powolutku czerwienialo i zostałem sam.
Słychać było tylko trzaskający ogień i ukraińskie pociągi przeciskające się przez przełęcz Użocką po meandrujących torach. Drewno się kończyło, ogień przygasał. Rozwinąłem karimatę, śpiwór i uwiłem sobie legowisko na jednej z ławek. Z czeluści plecaka wydobyłem komórkę i ustawiłem budzenie na 3:30. Ławka okazała się niezłym, choc wymagającym uwagi legowiskiem. To, że miała długośc nieomalże równą mi nie bylo takim problemem, jak jej szerokość. Mieściły się na niej co najwyżej obie moje lopatki. Należalo spać spokojnie, nie wiercić się zbytnio. Budziłem się przy każdym przewracaniu z boku na bok i przy każdym większym zwierzątku zawijającym w moje okolice.
Wreszcie budzenie. Niestety, nie wszystkie piękne marzenia spełniają się za pierwszym razem. Było ciemno. Niebo zasnute chmurami nie wróżyło niczego dobrego. Ugotowałem sobie herbatkę, zagryzłem czekoladą i ruszyłem.
Pół godziny później zaczęło padać. Nie było Bukowego Berda w świetle Księżyca. Nie było co marzyć o wschodzie Słońca. Szybciutko przemoczone ociekającą trawą buty, zasugerowały mi zmianę planów. Przypomniałem sobie, że jest taki poranny autobus z Wołosatego, przes Ustrzyki Górne do Ustrzyk Dolnych. Trudno mi bylo stwierdzić, która jest godzina, bo komórka jak zwykle leżala dobrze zabiezpiecozna, głęboko w plecaku. Zdecydowanie przyspieszyłem kroku. Z Halicza obrałem jak najkrótszą drogę do Wolosatego.
Na przystanek PKS dotarłem zupełnie mokry. W kilku oknach paliły się pierwsze światła. Czemu ja nie mogłem sobie normalnie pospać? Jak czlowiek. Pod kołdrą. W łóżku. Wyciągnąłem komórkę, porównalem czas z rozkładem jazdy. Zdążyłem. Szkoda tylko, że w niedziele ten autobus nie jeździ.
Drogę do Ustrzyk znam bardzo dokładnie. Ale, gdybym czegoś zapomniał, mogłem sobie przypomnieć. W Ustrzykach właśnie otwierali sklep. Bułka, serek topiony, jogurt - i już byłem po śniadaniu. Dziwnie się je śniadanie pod piwnymi parasolami, w deszczu, pod sklepem.
Podsumowanie trasy:

Mapa z zaznaczoną trasą

Busem dotarłem do Sanoka. Do autobusu miałem jeszcze ze dwie godziny. Zjadłem coś w okolicznym barze, snułem sie po dworcu. Podeszło do mnie dwóch tubylców, którzy najwyraźniej, tak jak ja, nie spali we własnych łóżkach. Mam nadzieję, że mimo tej łączącej nas cechy, byłem mniej aromatyczny. Poprosili o 50 groszy na jedzenie. Znając takich ludzi z mojego miasta, uznałem, że nie dam im pieniędzy. Zaproponowałem, że kupię jedzenie. Przyzwyczaiłem się po takiej propozycji słyszeć bluzgi. Panowie jednak zareagowali zupelnie inaczej. Ruszyliśmy do znanego mi baru. Jeden zamówił pierożki, drugi barszcz. Zapłaciłem. Wszyscy byliśmy niezmiernie zdziwieni: ja, że oni naprawdę chcieli jeść, oni, że ja naprawdę im za to jedzenie zapłaciłem. Inna sprawa, że to ja straciłem, bo mogłem sie opędzić jedną 50-cio groszówką.
A jednak myślę, że warto było. Co było warto? Czekać na Księżyc, moknąć, poczęstować...

Kaniec filma

P.S.
A mogło być pięknie jak na tym zdjęciu z kamerki bieszczadzkiej w Lutowiskach, w kierunku Bukowego Berda, Tarnicy (parę lat po mojej podróży).

Zdjęcie z kamerki internetowej i jeszcze raz od samej góry ;)