powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu JESIENNYCH historyjek

Trudno było nam się wybrać. A to praca, a to zamówienie, a to brak urlopu, a to Zaduszki, a to spodziewany i niechciany tłok w długi weekend... ciągle coś przeszkadzało.
Trasę, po małych przepychankach, wyznaczyłem ja. Po weryfikacji w terenie, wyglądała tak:

Bieszczady - mapa naszej trasy

Ja, jak zwykle miałem nieprzespaną noc przed wyjazdem. Jednak góry ciągną i czego się dla nich nie robi - prawda?
Kolo 14-tej podjechałem w pełnym rynsztunku pod robotę Marka. On też gotowy, przedreptywał na ulicy z nogi na nogę narzekając na moje spóźnienie - jakoś się jeszcze nie przyzwyczaił. Tradycyjna trasa, ogólnie mówiąc przez Radom, Tarnobrzeg, Rzeszów, Sanok prowadząca nas tym razem do Cisnej. Za szybko nie jeżdżę, więc Lesko mijaliśmy już nocą. Ruch na naprawdę pięknie odnowionej obwodnicy bieszczadzkiej był praktycznie żaden.
W Baligrodzie, na białej linii na samym środku szosy siedział kot. Leniwie obejrzał się, gdy podjeżdżaliśmy i wyraźnie zbulwersowany powoli ustąpił nam miejsca. Od razu uświadomiliśmy sobie, że wróciliśmy do innego świata.
Księżyc był kilka dni przed pełnią i świecił tak jasno, że kilka razy na prostej zgasiłem światła - naprawdę dawało się bezpiecznie jechać przy 80 km/h. W Cisnej na małym skrzyżowanku przy pekaesie prawie nawrót i droga pod górę. Matiz to nie terenówka; z napędem na przód ledwo wdrapał się po szutrze pod samo schronisko. Gdyby nie dał rady - kolega Marek ze swoimi muskułami i linką holowniczą zrobiłby co trzeba i też dotarlibyśmy na miejsce. Szybka kolacja i palulu, bo się zrobiła 11 w nocy (a przypomnę, że noc nieprzespana i ponad 400 km za mną).
Pobudka, jak to na wypoczynku, koło 7 rano. Kulturalnie zeszliśmy na dół, na śniadanie. GOPR-owiec właśnie nadawał komunikat do Sanoka: widoczność 500 metrów, opad niewielki, ruch turystyczny zero. Od razu podbiegłem do okienka wymownie i rozpaczliwie pokazując na nas - nie nadał poprawki. Czy my jesteśmy zerem?!
Deszcz sobie padał, taki wredny, drobniutki, niebo całe zakryte chmurami nie rokowało żadnych nadziei na poprawę pogody. Przepchnąwszy samochód tak, żeby nie zajmował niewielkiego parkingu przed zbliżającym się długim weekendem, zabezpieczeni przed deszczem ruszyliśmy czerwonym szlakiem na Hon. Za jakiś czas skręciliśmy na południe, w dół do Żubraczego i dalej na południe, wzdłuż torów kolejki, do samej granicy. Powoli, nieśmiało pogoda się jednak poprawiła. Oczywiście pełne zachmurzenie nie pozwalało nam nacieszyć się nawet odrobiną słońca, ale choć przestało padać.

Bieszczady - droga do Balnicy, a na niej Marek

Kilka kilometrów szliśmy równolegle do torów. Wiją się one to tu, to tam, czasem przez mostek, czasem wąskim tarasem na zboczu góry. Czyż to nie jest zachwycające? Gdyby nie kumpel, siedziałbym tam do dziś i patrzył i patrzył i patrzył...

kolejka bieszczadzka - tory z Żubraczego do Balnicy

Potem smolarze i retorty z dymem nie do wytrzymania, nieprawdopodobnie ostry zakręt torów (tak koło 300 stopni!) na który oczywiście Marek żałował zdjęć i tak weszliśmy na szlak kolejowy. Może to nudne, ale tu też wypomnę brak zdjęć... a było genialnie.
To naprawdę bardzo ciekawe miejsce. Granicę standardowo wyznacza się po grani, po szczytach. Tutaj jest odrobinę inaczej. Przez kilka kilometrów tory położono po drugiej stronie góry niż nasza kochana ojczyzna i na drodze jakiś tam umów ze Słowacją, granica idzie kilkaset metrów na południe od teoretycznego jej przebiegu - po to, żeby nie robić z kolejki bieszczadzkiej pociągu międzynarodowego.
Stacja w Balnicy jest już położona na pełnoprawnym naszym terytorium (obok przejście turystyczne tylko dla pieszych i tylko latem).

Stacja Balnica - i my oba

Zawróciliśmy na wschód. Pozostawiając tory po lewej poszliśmy trasą wyznaczoną przez biało-czerwone słupki. I rzeczywiście zdziwienie - granica biegnie w poprzek strumyczków, jarców (malutkich, ale zawsze jarców) - czyli tak, jak powinna biec sztucznie wyznaczona granica. Po pół godzinie szlak graniczny wrócił na właściwe miejsce, a ja musiałem się pożegnać z wzdychaniem do torów, które uciekły na północ.
Powoli zaczęło się ściemniać. Szlak biegł w górę i w dół, w górę i w dół, w górę i w dół... Po pewnym czasie zrobiło się to dość monotonne. Na dodatek na tablicy w Balnicy szlak do Roztoków namalowany był odrobinę inaczej niż na naszej mapie. W szarości zmierzchu coraz trudniej było widzieć kolory i znajdować oznaczenie szlaku. Uświadomiłem sobie, że może być tak, że ominiemy odejście na Roztoki. Problem polegał na tym, że na naszym szlaku za Roztokami nie było żadnej cywilizacji, a my nie mieliśmy namiotu, żarcia też nie za wiele, a tu mokro, deszczowo, zimno i do domu daleko. Ciemno zrobiło się tak, że musiałem się mocno wpatrywać w kompas, żeby igłę zobaczyć.
Tu mała uwaga o ciemności. Żyjąc w mieście, nie wiemy nawet co to znaczy ciemno. Zawsze są światła latarń, samochodów, okien. A wtedy, mimo pełni było dość ciemno przez gęste chmury. Włączenie latarki też niewiele zmienia, bo latarka oświetla tylko wąski, krótki pas przed nami, na tyle porażając wzrok, że nie widać nic na boki. Właśnie dzięki Księżycowi mogliśmy spokojnie iść. Czasem światło gwiazd wystarcza - pod warunkiem, że nie ma chmur.
I kiedy już mocno się zastanawialiśmy co robić, szlak zaczął się zdecydowanie obniżać. A to znaczyło, że dochodziliśmy do przełęczy. Czyli jednak tablica w Balnicy miała bardziej aktualne oznaczenie szlaku niż nasza mapa. Po pół godzinie lub trzech kwadransach marszu dotarliśmy do upragnionej przełęczy. Uspokojeni, napiliśmy się herbaty i powoli ruszyliśmy do Roztoków.
Znów dobre pół godziny marszu i jawiły się pierwsze (chyba zresztą jedyne) zabudowania w Roztokach Górnych. Ktoś coś przerzucał w gospodarstwie na podwórzu, a poza tym cisza, spokój, ani żywego ducha. Popełniliśmy ten grzech i włączyliśmy latarkę. Okazało się, że ten z pozoru opuszczony, ciemny, duży dom przed nami to właśnie cel dzisiejszej podróży, czyli schronisko. Gdzieś z tyłu, w suterenie czy piwniczce wypatrzyliśmy światło. Oczywiście nikt nie spodziewał się turystów o tej porze roku.
Schronisko jest... trochę dziwne. Z jednej strony trochę kołchozowate, wielkie, wysokie pokoje, z drugiej wszystko wykończone w drewnie, miła jadalnia w lekkim podziemiu, całkiem przyzwoity wybór jedzenia jak na tę porę roku i nawet dwa czy trzy gatunki piwa do wyboru, a wrzątku po prostu dowolne ilości. W ramach kąpieli spuściliśmy gospodarzom chyba całą ciepłą wodę. Po całym dniu łażenia uznaliśmy, że należy nam się. Po jedzeniu, kąpieli, piwie padłem. Jak dziecię poszedłem spać po 9 wieczór i żadne zagadywania mnie przez Marka nie pomogły.
Rano - pobódka, jak to na urlopie, czyli przed świtaniem, zupki z kubka lub coś tego typu i w góry. Ruszyliśmy znaną, nam z dnia wczorajszego, drogą do przełęczy. Tu też umiejscowiono letnie, piesze przejście graniczne. Szlak powiódł nas ostro w górę. Towarzyszyły nam mgła, kiepska widoczność, ociekająca trawa niemiłosiernie i permanentnie mocząca buty.
Minęliśmy jakiś dziwny słup, zwalony, kilkuczęściowy, okrągły u podstawy, trójkątny u szczytu, z eleganckiego i zupełnie nie pasującego do okolicy kamienia. Dopiero wieczorem w przewodniku wyczytaliśmy, że to pozostałość z czasów, kiedy spotykały się tu trzy granice: węgierska, polska i słowacka. Szkoda, że tak nie oznaczone, zaniedbane miejsce. Co by stało na przeszkodzie, gdyby jakiś Węgier częstował w tym miejscu tokajem? Cóż, muszę się pogodzić z faktem, że nie wszystko jest zrobione tak jak powinno być (czyli tak, jak ja to sobie wyobrażam).
Tu muszę wtrącić krótką historyjkę, za którą kolega mnie pewnie przy najbliższej sposobności zadepcze. Otóż w Roztokach nie było pola. A Marek oczekiwał na sms, telefon. Bardzo ważny telefon, bo od kobiety. Kiedy znaleźliśmy się trochę wyżej, Marek włączył komórkę. Co prawda zgłosiła się sieć słowacka, ale kontakt ważniejszy jest niż finanse - taki kontakt. No i rzeczywiście, przychodzi sms, że w poczcie głosowej jest informacja. Nie zważając na mróz, zadzwonił i zaczął odsłuchiwać. Jakież było moje zdziwienie, kiedy zamiast spodziewanego uśmiechu błogości na jego twarzy, usłyszałem słowiański stek nieźle splecionych przekleństw. Kiedy doszedł do siebie, wyjaśnił mi, że koleżanka z pracy chciała dowiedzieć się, czy nadał jakiegoś faksa. Przez dobre pół godziny Marek klął pod nosem a ja rechotałem.
I w tak oto miłych okolicznościach przyrody, przez parę kolejnych pagórków, wleźliśmy na Okrąglik (1100 m n.p.m.), okolicznie najwyższy szczyt z krzyżówką szlaków. Z okazji tego szczytowania zrobiliśmy małą przerwę na herbatę, czekoladę, odpoczynek i zdjęcia. Widoków niestety nie było, ale za to utrwaliliśmy robotnika leśnego (czy może zagubioną sierotę?) na tle mgły.

Bieszczady - Okrąglik i Artur

Chmury trochę się podniosły. Nasi południowi sąsiedzi mieli, niestety, więcej szczęścia do pogody.

widok na południe

Kierowaliśmy się teraz na Rabią Skałę. Chciałem tatrzańskiemu koledze pokazać, że w Bieszczadach też są urwiska.

Bieszczady - Rabia Skała - dochodzimy

Niestety - na Rabiej nadal kiepściuchna pogoda i nagłe obniżenie temperatury uniemożliwiło nam kontemplowanie widoków. Usiedliśmy na progu niezłej, choć nieprawdopodobnie zapaskudzonej przez turystów wiaty. Ciekawe, czy zapaskudzili nasi, czy obcy? Rzeczone urwisko znajduje się po słowackiej stronie, więc zbiegają się tu szlaki z różnych krajów i kręci się różny napływowy element - kiedyś widziałem w Bieszczadach nawet Wientamczyka!
Pogoda trwała w postanowieniu nierozpieszczania nas - więc zaczął padać śnieg, oziębiło się o kilka stopni. Pojedliśmy, popiliśmy, założyliśmy więcej ubrań na siebie i przez Paportną ruszyliśmy w kierunku Wetliny. Były co prawda plany przejścia kawałkiem przez park narodowy w okolicach końcowej stacyjki kolejki w dolinie pod Działem, ale jak wspominałem, tylko połowa składu była zainteresowana oglądaniem starych torów.
Tuż przed Wetliną wytoczył się z lasu mężczyzna w stanie wskazującym na to, że jest stąd. Udało mu się dotrzeć do tego samego sklepu, w którym postanowiliśmy zrobić zakupy. Opowiadał coś o swoim znajomym, który był pijany i którego wyręczał w cięciu drewna piłą mechaniczną. Jak on to zrobił? Może oparł się o drzewo? Co ciekawe, pan tłumaczył stan swojego kolegi używając łacińsko-medycznych terminów zaczynających się od delirium, a kończących słowami których nie znam. Potwierdza to moje doświadczenia z obcowania z Bieszczadnikami, że mają oni zdecydowanie ponadprzeciętne wykształcenie. Serio, serio. Niejeden robotnik leśny ma za sobą jakieś studia - niekoniecznie leśne. Taki region. Wracając do sklepu - kupiliśmy żarcie i coś do popicia, czyli wino. Poprosiłem o takie z wisienkami na etykiecie, ponieważ to uważamy za najlepsze. Wspomniany pan docenił mój wybór podkreślając, że po wisienkowym nie ma kaca.
Ruszyliśmy na poszukiwanie noclegu. Wydawałoby się, że Wetlina powinna obfitować w noclegi. Niestety, nie w listopadzie. Jeden lokal zupełnie zamknięty, w innym nie będą palić w piecu dla dwóch, gdzie indziej w ogóle im się nic nie chciało.
Zatrzymaliśmy się przy kolejnym drogowskazie do kwater. Ze sklepiku obok ktoś krzyknął i przywołał nas. Normalnie odburknąłbym cokolwiek, a na pewno zignorował. A w górach mam inaczej. Podeszliśmy. W środku właściciel kwater z drogowskazu kończył piwo. Po paru minutach powiedział, że już możemy iść, bo on zaraz jedzie do siebie. Ruszyliśmy w górę, a po chwili naszym śladem ruszył Polonez. Nie wykazaliśmy się lojalnością wstępując do innego domu i pytając o kwatery, ale tam akurat mieli remont, więc dotarliśmy tam gdzie mieliśmy, czyli do Stacha. Chata okazała się całkiem miła. Była nawet ciepła woda w prysznicu.
Siedzimy sobie w kuchni, wcinamy, a Stach mówi mi, że już kiedyś u niego byłem, że mnie pamięta. Po paru minutach to samo mówi Markowi. A żaden z nas nie był w tym miejscu, od kilku lat w ogóle nie nocowaliśmy w Wetlinie. No i nagle eureka - poznaliśmy się około rok temu w Kolibie, kiedy dawałem wykład na temat różnych szkół gotowana ryżu (wyższość odparowania wody i odstawienia, żeby doszedł nad głupimi torebkami).
Cokolwiek zdziwieni opustoszałymi górami, tym, że to tej pory nie spotkaliśmy żadnego turysty, zapytaliśmy Stacha co jest grane. Czy nikt o tej porze roku nie chodzi po górach? Normalni ludzie nie chodza po górach o tej porze roku, poza sezonem, poza długimi łikendami - wytłumaczył nam Stach, z jednej strony sugerując naszą nienormalność, z drugiej łechcząc naszą górską ambicję.
W naszym pokoju było trochę chłodno i był kominek. Skojarzywszy te dwa fakty natychmiast zacząłem się przymawiać o drewno, no i o pozwoleństwo na palenie w kominku. Po krótkich namowach poszliśmy za chałupę po drewno. Używając kilku zakurzonych gazet udało nam się rozniecić ogień. Zrobiło się ciepło i miło. Przed snem musieliśmy nawet na chwilę otworzyć okno, bo zrobiło się za gorąco - dobrze, że tego gospodarz nie widział.

Wetlina - Marek i Artur u Stacha przy kominku

Następnego dnia pogoda niewiele się zmieniła. Wilgotno, błotnisto - jak to w Bieszczadach. Dobrze znaną drogą ruszyliśmy na wetlińską.

Bieszczady - połonina Wetlińska

Słoneczko zupełnie niespodziewanie rozświetliło liście, dziwnym trafem pozostałe jeszcze na bukach.

Bieszczady - połonina Wetlińska

Pod koniec podejścia droga przechodzi przez, cokolwiek zaskakujące w tym miejscu, skałki. Dawniej, trzeba się było męczyć i wykazać choć minimalną zręcznością, żeby przez nie przejść. Teraz zrobiono schodki, poręcze. Denerwuje mnie to. Jeśli ktoś ma kłopoty z równowagą, to niech spaceruje po chodniku przed domem a nie jedzie w góry. Jak zaczną robić ruchome schody w każdym, bardziej stromym miejscu - zobaczycie mnie w głównym wydaniu wiadomości w charakterze wandala. Niecierpię tych wszystkich mosteczków, chodniczków, poręczy. Bieszczady mają być dzikie, zabłocone, piękne a nie wyasfaltowane! Dobra, wyżyłem się i mogę wracać do opisu.
Zima, która przywitała nas poprzedniego dnia w okolicach Rabiej Skały, tutaj była trochę bardziej zadomowiona.

Bieszczady - połonina Wetlińska - Przełęcz Orłowicza i Marek

We mgle, przy wietrze i w niskiej temperaturze dotarliśmy na Smerek. Dość znikoma widoczność natchnęła mnie bezkarnością. Pokierowałem zatem naszą wycieczkę w miejsce piękne, choć nie przeznaczone dla turystów. Dawniej nawet przechodził tędy szlak, teraz została tylko szara plama (jakieś półtora metra na lewo w górę od mojej głowy).
Krótka przerwa odrestaurowała nasze siły i podniosła temperaturę ciała - w termosie naprawdę noszę gorącą herbatę.

Bieszczady - Smerek i Artur

Na przełaj, przez park narodowy, ruszyliśmy na poszukiwania szlaku. Najpierw oczywiście musiałem wleźć na widoczne skałki; było to prawie po drodze, więc nie mogłem się oprzeć. Bardzo miłym, spokojnym szlakiem docieraliśmy w dolinę Jawor(z)ca.
I tu przypomniał nam się Stach. Każdy z nas, bez względu na wymowę, otrzymał wykład na temat tego, jak się powinno mówić - Jaworzec, czy Jaworec. Ja przyjąłem wariant tutejszy, etniczny, czyli Jaworec. Marek za każdym razem głośno poprawiając, wyzywał mnie od pachołków ukraińskich. Jednak bez względu na wymowę, obaj zgodziliśmy się, że srebrne pnie i rude pąki buków, żółte igły modrzewi oraz zielone jodły zrobiły na nas niesamowite wrażenie. Nie spodziewałem się tak wielu kolorów w smutnym listopadzie.

Bieszczady - schronisko Jaworzec - okolice

Lubię schronisko w Jawor(z)cu. Takie ono trochę na uboczu, ciche i spokojne. Zawitałem tu już klika razy. Tym razem dotarliśmy dość szczęśliwie, ponieważ tuż przed szczytem inwazji. Następnego dnia, wieczorem, organizowali tam slajdowisko. Dostaliśmy ostatni pokój, na samej górze. Następni nocowali na podłodze, w chacie obok, w stołówce, chyba tylko psu do budy nikt nie wlazł.
Ponieważ dotarliśmy tam wczesnym popołudniem, po zjedzeniu fasolki i wypiciu piwa postanowiliśmy się przejść. Ciekawe miejsce w niedalekiej okolicy to rezerwat Sine Wiry. Sprawnym krokiem dotarliśmy tam w godzinę z lekkim hakiem. Usiedliśmy na ławce; patrząc w wodę wspominaliśmy naszą przeprawę przez strumień parę lat temu, z Albertem i Mirkiem. Gdyby nie zmierzch i chłód siedzielibyśmy tam pewnie rozrzewnieni do dziś.
Droga do schroniska wiła się równolegle do strumienia, czasem tuż przy jego powierzchni, czasem wysoko, czasem wcinała się głębokimi zakrętami w wąwozy zasilających strumieni. Ściemniło się już zupełnie. Gęste chmury dopuszczały tylko tyle światła księżyca w pełni, abyśmy mogli rozróżnić kałuże od suchych fragmentów szutrowej drogi.
W pewnym momencie, jeden po drugim obejrzeliśmy się za siebie wabieni dziwnym szmerem, hałasem. Nie zauważywszy nic, zdziwieni, popatrzyliśmy na siebie, idąc teraz trochę uważniej. Po chwili rozpoznaliśmy ten dźwięk - to samochód. Przystanęliśmy na skraju wąskiej drogi. Jedyne światło w polskim dużym Fiacie, który nas mijał rozświetlało na czerwono twarz kierowcy. Facet musiał naprawdę dobrze znać tę drogę. A może miał psa, który jak wiadomo ma trochę lepszy wzrok, i polegał na jego wskazaniach jak niewidomi na przejściu dla pieszych? Przejechał obok nas, na chwilę włączył światła i po 20 metrach znów pogrążył się w ciemności - pewnie mu alternator nawalał. Kiedy zniknął za zakrętem, znów słyszeliśmy tylko ciszę zmąconą jedynie szmerem strumienia w dole.
Szczerze mówiąc, pod koniec tej trasy trochę zacząłem Markowi narzekać. Niestety, w listopadową, ciemną noc trudno znaleźć miejsce na chwilowy odpoczynek. Z drugiej strony, słabe, pomarańczowo-żółte światło ze schroniskowego agregatu dodało mi trochę siły.

Bieszczady - Jaworzec - komórka kóz

Od samego rana po schornisku krążyło widmo wspomnianego slajdowiska - zaczęło się zdecydowanie zagęszczać. Jedząc śniadanko ze spokojem obserwowaliśmy rosnące zdenerwowanie i frustrację obsługi, gdy zaczynali kwaterować ludzi nawet na strychu zagrody dla kóz (to ta budka na zdjęciu powyżej). Oczywiście, tam gdzie tłum, tam nas nie ma. Spakowaliśmy się czym prędzej i ruszyliśmy w góry.
Malownicze poranne mgły rozwiewał lekki wiatr... i taki tam quasi-poetycki bełkot.

Bieszczady - schronisko Jaworzec - okolice

Idąc przez Falową, najpierw minęliśmy stadko kilkunastu saren, a potem kolejne szeregi turystów zwabionych slajdowiskiem. Zdecydowane zejście do Dołżycy, potem równie zdecydowane podejście i już byliśmy na drodze do Łopiennika. Mgły rozwiał wiatr, jakieś resztki zalegały w dolinach. Niestety, przez drzewa nie mogliśmy w pełni docenić uroków takich widoków.
Dotarłszy na szczyt Łopiennika, rozłożyliśmy obozowisko. Swoim zwyczajem wyciągnąłem karimatę, zdjąłem buty, zająłem sie kontemplowaniem przyrody, czekolady i herbaty, wygrzewaniem na słoneczku starych kości. Zupełnie zapomnieliśmy, że to listopad.

Bieszczady - Łopiennik - wygrzewamy się na słoneczku

Do Jabłonek dotarliśmy wieczorem. Obawialiśmy się, że w jedynym rozsądnym punkcie noclegowym (nierozsądny, to drogi hotel w budynku po muzemum Świerczewskiego), będzie pełno. Wszak to długi łikend. Nie tylko było pusto - nie było nikogo i nawet trudno nam było dotrzeć do obsługi schroniska młodzieżowego (bo my młodzież przeca).
Zakwaterowawszy się, poszliśmy upolować piwo. Ktoś skierował nas do sklepu, który ponoć jest zamknięty, ale od zaplecza pani obsługuje. Jakoś trafiliśmy - w Jabłonkach trudno się zgubić między paronastoma domami. Pani sprzedając nam piwo, próbowała zachować pozory pełnej przypadkowości wydarzenia. Przypuszczalnie urząd skarbowy nie byłby zadowolony, że sklep funkcjonuje jakieś 18 godzin na dobę, z czego pewnie tylko 8 legalnie.
Zaopatrzeni, wróciliśmy do pokoju. Jakaś kolacja, prysznic (tak, tak - aż tak tam luksusowo!), piwko.
Marek zaczął układać się do snu. A ja, pamiętając, że tego wieczoru ma być zaćmienie Księżyca, pozostawałem na posterunku. I nawet próbowałem namówić kumpla na ciekawe obserwacje, ale machnął ręką twierdząc, że skoro widział zaćmienie Słońca, to co go Księżyc obchodzi. Poszedł spać.
Niestety, nie pamiętałem o której godzinie należy patrzeć w niebo. Niestety, komórki nie funkcjonowały w tej okolicy, a zatem nie mogłem zadzwonić do nikogo i zapytać. Pozostawało czekać. Nudziło mi się. Co kwadrans przerywałem lekturę przewodnika, by spojrzeć na Ksieżyc, który złośliwie cały czas był w pełnej pełni. Dobrze, że okno było na stronę, od której wschodził i można go było spokojnie oglądać. Po dobrej godzinie znudziło mi się. Wlazłem do śpiwora, nastawiłem budzik w komórce na pół godziny w przód i poszedłem spać. Jakimś cudem, usłyszałem budzik, wstałem, spojrzałem przez okno - nic, pełny. Wlazłem do śpiwora, nastawiłem budzik w komórce na pół godziny w przód i poszedłem spać. Jakimś cudem, usłyszałem budzik, wstałem, spojrzałem przez okno - nic, pełny. [...] Po kilku takich cyklach byłem niezmiernie wymęczony a Księżyc przelazł tak, że musiałem otwierać nasze jedyne okno dachowe i wyglądać w górę, czyli w kierunku kompletnie nieprzeznaczonym do wyglądania. Nocne, listopadowe powietrze zdecydowanie mnie orzeźwiało za każdym razem, gdy uprawiałem ekwilibrystykę by popatrzeć czy już. W końcu stało się. Była pierwsza, może druga w nocy. Zobaczyłem nawet nie tyle sierpowatą, co nadgryzioną tarczę. Zmęczenie dało o sobie znać i zamiast czekać kolejne dwadzieścia minut na pełne zjawisko, dałem za wygraną. Można interesować się astronomią, ale czy do tego stopnia?
Następnego dnia wróciły mgły. Przez zapomniane miejsca po dawnych wioskach skierowaliśmy się na przecięcie z czerwonym szlakiem z Komańczy do Cisnej. Minęliśmy kolejne kilka dymiących retort i smolarzy.
Las wyglądał niesamowicie, zatopiony w zmrożonej mgle, która osiadała na cienkich gałązkach, krawędziach liści, podkreślając obraz białymi, lodowymi konturami.

Bieszczady - wejście na Wołosań

Nieopodal ścieżki leżało na ziemi coś białego. To tu, to tam, było tego na tyle dużo, że zwróciliśmy uwagę i zaczęliśmy się zastanawiać. Piana z gaśnicy? Bez sensu! Nie tu. Pewnie puchowe piórka młodych ptaków. Ale trochę tego za dużo, no i skąd młode ptaki w listopadzie?
Kolejna kupka tego białego czegoś leżała na naszej drodze. Zatrzymaliśmy się, pochyliliśmy. Dotknąć, nie dotknąć - trochę jakby szczątki ptaka po wilczej, czy lisiej przekąsce. Tylko, że nie ma kości, ani innych śladów. Niepewnie wyciągnąłem rękę, dotknąłem. Dziwne jakieś, chłodne, suche, delikatne, czyste. Wziąłem w palce. Ku pełnemu naszemu zaskoczeniu - rozpuściło się. Delikatnie podniosłem następny kawałek.
Trochę to przypominało watę cukrową, ale włókienka lodowe były bardzo zgodnie ułożone, jakby uczesane, długością osiągając do 5-6 cm. Zdziwiony wielce poczyniłem parę spostrzeżeń. Twór jest zbudowany ze zwykłego lodu. Rośnie przy temperaturze w okolicach zera, przy dużej wilgotności, bo była mgła. Osadzało się to głównie przy gruncie, sporadycznie do pół metra powyżej, praktycznie tylko na starych spróchniałych, nie za cienkich ale i nie za grubych gałęziach.
Może ktoś wie jak to się nazywa? Niestety, skopałem zdjęcie.

Lodowa wata - jak ktoś wie co to - to bardzo proszę o informację: wart@wp.pl

Dotarliśmy na górę, znaleźliśmy czerwony szlak. Uszczupliwszy nieco zapasy zgromaczone w termosach, skierowaliśmy się na południowy wschód. Rozpoczynający się właśnie długi łiekend związany ze Świętem Niepodległości, zaowocował sporadycznie spotykanymi turystami.
Szliśmy spokojnie, powoli, niewiele już zostało do przejścia. Nieubłaganie zbliżał się koniec wyprawy. W tej mgle dopadła nas nostalgia, melancholia. Znaleźliśmy piękne, zaciszne miejsce na kolejny, ostatni niestety odpoczynek. Jak nam się nie chciało wracać! Jeszcze kwadrans w górach, jeszcze chwile, jeszcze...
Na zdjęciu podziwiamy, zasmuconego nieubłaganym powrotem, właściciela aparatu fotogtaficznego i autora większości zdjęć, bez którego nie byłoby nawet śladu tej wirtualnej opowiastki.

Bieszczady - Hon

Szedłem przodem. Szedłem tak i rozglądając się podziwiałem las; oczywiście zupełnie nie zwracałem uwagi na czerwone kreski malowane na drzewach. Po jakimś czasie Marek zapytał, czy wiem dokąd idę, czy widziałem szlak. Wiedziałem dokąd idę, do Cisnej, ale szlaku faktycznie dawno nie widziałem. Cóż, nie pierwszy raz zgubiłem szlak. Wyciągnąłem mapę, kompas i pokazując azymut ruszyłem na przełaj. Marek był na mnie wściekły: jak można zgubić taki prosty szlak, którym tyle razy szliśmy?! No cóż, widać można. Nie takie rzeczy potrafię! Po kwadransie łażenia po bezdrożach i krzakach wróciliśmy na zagubioną ścieżkę. Po następnych dwóch - dotarliśmy do schroniska.
Pokój mieliśmy zarezerwowany, ale dokwaterowano nam jakąś parę. Ktoś pogwałcił ciszę i spokój w salce jadalnej włączając telewizor. Kilka osób przeżywało dzieje bohaterów Klanu czy innego badziewia. Cóż, tak to wygląda wyrywanie Artura z gór.
Poszliśmy do pokoju powyglądać przez okno. Wolę ruch turystyczny - zero.

Bieszczady - Cisna - schronisko pod Honem

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)