powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu JESIENNYCH historyjek

No i znów jesień. Opadające liście wraz z mglistą, deszczową pogodą przypomniały nam, że dawno nie odwiedzaliśmy Bieszczadów. Długo rozważałem możliwe warianty trasy. Nie pamiętam ile razy już byłem w Biesach, jednak za każdym razem staram się odkryć coś nowego. Chciałem przypomnieć sobie dolinę Sanu wzdłóż Otrytu. Chciałem przejść przez Hnatowe Berdo i Moczarne - mimo że, a może właśnie dlatego, że nie ma tam szlaku. Chciałem zajrzeć do Jawor(z)ca. Koliba też byłaby mile widziana. I tak to narodził się plan wyprawy, z możliwością modyfikacji w terenie pod wpływem aury i naszej kondycji.

Albert wykorzystał urlop, Tung musiał zostać w pracy. Za sukces uważam, że udało się nam zgrać we trzech, czyli Marek, Marcin i ja.

Na parę dni przed wyjazdem spadł pierwszy śnieg. Drastyczne pogorszenie pogody dorwało nas podczas jazdy. Dobrze, że jechaliśmy dużym kombiakiem Marcina na zimowych oponach, więc zawiane drogi nie były straszne. Do Terki dotarliśmy późnym wieczorem. Całe Bieszczady były już wtedy zasypane przynajmniej dwudziesto-centymetrową warstwą świeżego i od razu topniejącego puchu. Było do tego stopnia źle, że na ostatnim podjeździe, po zatrzymaniu, samochód bez naszej pomocy z zewnątrz, nie mógł ruszyć pod górkę.

Nazajutrz rano Marek, jak zwykle, wstał grubo przed siódmą - jakie było jego zaskoczenie, gdy spostrzegł Marcina, który w zupełnym spokoju czytał książkę. Konkretnie, to czytał "Łuny w Bieszczadach" - straszna propaganda komunistyczna, a jednocześnie dość realistyczna wizja trudnych walk w górach i przechlapanego życia ludności miejscowej.

Rozbudzony markową krzątaniną dołączyłem do kolegów i ja. W ten sposób, zanim zadzwonił budzik nastawiony na siódmą, wszyscy byliśmy na nogach. Śniadanko, pakowanie, ostanie rzeczy wyjmowane, bądź zostawiane w samochodzie i już byliśmy na szlaku. Oczywiście zaśnieżonym.

Studenne, widok na dolinę Sanu

Pierwsza przełęcz w kierunku wschodnim, to miejsce małej wioseczki Studenne, w której przed wojną ludzie żyli sobie spokojnie w około 30-tu zabudowaniach. Teraz można dostrzec tylko parę jesionów posadzonych prawdopodobnie wokół kapliczki i kilka ambon myśliwskich - raczej nowożytnych.

San

Po drugiej stronie przełęczy otworzyła się przed nami dolina Sanu, zamknięta po lewej stromym Otrytem, a od prawej, łagodnie schodzącymi, zamieszkałymi niegdyś zboczami. Wąskimi, leśnymi dróżkami weszliśmy na teren Tworylnego. Podobnie jak z poprzedniej wioski niewiele ocalało. Ruiny stodół dworskich, miejsce po cerkwi, dwie trzecie dzwonnicy, a pośród tego jedyny ślad istniejącego życia - bobrza zapora. Dziwnie to wygląda, bo z jednej strony bobry pasują do cichej okolicy, z drugiej smutnie podkreślają wyludnienie, gospodarząc w samym środku dawnej wsi.

Tworylne: po lewej ruiny stodół dworskich, w oddali ruiny dzwonnicy, po prawej budowle bobrów

Postoje w śniegu nie dają zbyt wiele wytchnienia, więc po małej herbatce ruszyliśmy dalej na wschód.

Tworylne, koło cmentarza

Długą aleją starych drzew dotarliśmy do dróżki rozdzielającej cmentarze katolicki z prawosławnym, dowód na spokojną koegzystencję różnych kultur i religii.

Tworylne, cmentarz

Za małą przełęczą zeszliśmy w las. Kręta droga prowadziła nas czasem blisko Sanu, czasem wysoko nad jego lustrem. W pewnym momencie, po kolejnym małym deszczyku, wyszło na moment słońce, ukazując nam delikatną tęczę.

Przekroczywszy mały potoczek, niespodziewanie napotkaliśmy jakieś ruinki - fragmenty dworskich zabudowań w Krywem. Na dużej tablicy wyjaśniano, że w latach 1945-46 wysiedlono stąd prawie 600 osób, a zabudowania spalono. Strzałka pokazywała dróżkę prowadzącą poprzez resztki fundamentów do ruin cerkwi. Potężne, wiekowe lipy na wzgórku otoczonym dwoma potokami zdecydowanie przewyższają resztki murów świątyni. Ocalało kilka nagrobków. Gdy byłem tu parę lat temu z Agatą, wrześniowa pogoda rozleniwiała, mogliśmy spokojnie odpocząć, kontemplować romantyczne widoki.

Krywe, ruiny cerkwi

Tym razem aura przestała nam sprzyjać. Zaczęło padać. Brnęliśmy przez śnieg momentami nawet po kolana, byle szybciej wejść na górę do spodziewanej dróżki i opuścić wreszcie łąkę. Wraz ze spadkiem temperatury oraz wzrostem ilości wody opuszczało nas dobre samopoczucie. Duch eksplorera nawet we mnie został na tyle stłumiony, że nie kombinowałem żadnej trasy przez śnieg, by podejść do ruin w Hulskiem. Byle szybciej do Zatwarnicy, gdzie mieliśmy zamiar znaleźć nocleg.

Sklep, pod którym piliśmy z Markiem piwo przy okazji wyprawy rowerowej sprzed paru lat, w którym miałem zamiar pytać o kwatery nie funkcjonował. Ktoś polecił nam gospodarstwo na końcu wsi. Tam facet stwierdził, że ma umówionych znajomych, ale polecił nam dwa inne gospodarstwa. W pierwszym, samotny gospodarz o tej porze dnia prawdopodobnie miał być jeszcze trzeźwy, więc to schronienie pominęliśmy. W drugim, sympatyczna pani przygarnęła nas ciepło i miło. Jej mąż, który wydawał się mrukliwy, swoją sympatię wyraził za pomocą dużej ilości drewna wrzuconego do centralnego, dzięki czemu wszystko szybko nam wyschło i mogliśmy chodzić z krótkim rękawkiem. Było to tym bardziej cenne, że od momentu, gdy zaczął padać uczciwy deszcz, do wejścia pod dach minęły dobre trzy godziny.

Marcin, przebrany w ciepłe ciuchy i przytulony do kaloryfera, był mało rozmowny, nie miał apetytu i po krótkim czasie odpadł na małą drzemkę. Zmartwiła nas jego kondycja. Ale prawdę mówiąc, to miał powód takiego stanu - dwa dni temu przyjechał z Poznania w Bieszczady, zahaczając o nas. Ponad 700 km jednego dnia w paskudnych warunkach dało mu się we znaki. Po półtorej godzinie wrócił radosny i głodny, co dobrze rokowało. Pijąc zaoferowaną nam kawę, słuchaliśmy opowieści o człowieku napadniętym parę lat temu przez niedźwiedzia. Cudem przeżył. Był to facet, który odmówił nam noclegu i skierował na tę kwaterę. Nigdy przedtem nie rozmawiałem z napadniętym i nieomalże zmasakrowanym przez misia (w sumie podczas rozmowy z nim też nie miałem tej świadomości). A było to tak.

Poszedł do lasu z psem, oczywiście bez smyczy. Pies zwietrzył i wybudził niedźwiedzia a potem przestraszony uciekł... do swojego pana. Pan uciekł na drzewo. Naprowadzony zwierz jednym ruchem zdarł z faceta wysoki, turystyczny but, po czym zdjął człowieka z drzewa i wdeptał w śnieg. Gdyby nie wysoki śnieg, nie rozmawialibyśmy z cudem uratowanym. Pamiętajcie dzieci: do lasu można zabrać psa, ale trzeba trzymać go na smyczy!

Na następny dzień zaplanowałem krótką trasę, ale za to do sympatycznego schroniska Koliba. Chciałem dać Marcinowi dzień wytchnienia.

Most na Sanie łączący wioski Zatwarnica i Sękowiec

Rano powitało nas słońce i dość ciepłe powietrze. Asfaltem ruszyliśmy przez Chmiel do Dwernika.

Droga na Chmiel

W planach było kupienie chleba i wypicie piwa w znanym i nie raz odwiedzanym przez nas barze. Niestety, i sklep, i bar zastaliśmy zamknięte. Wróciliśmy za San, gdzie miał znajdować się sklep. Faktycznie działał, ale plany zakupowe musieliśmy ograniczyć do piwa, bo chleba po prostu nie było i już.

Nie dochodząc do Nasicznego skręciliśmy w leśną szutrówkę na Caryńskie. Ślicznie wbijała się między góry, czasem napotykając osady smolarzy. Gdy dotarliśmy do śladów Caryńskiego, znów zaczęło padać i osłabł w nas duch poszukiwania starych fundamentów wśród śniegu.

Jednak napotkana nieco powyżej stara, trzyosiowa ciężarówka przebiła wszystko. Nie patrząc na podmokły teren ruszyłem w jej kierunku. Wrzuciłem plecak na pakę, otworzyłem drzwi i wgramoliłem się do środka. Zaskoczyła mnie duża ilość dźwigni (skrzynia biegów, reduktor, wybór napędzanej osi, hamulec ręczny) oraz wyłącznik, jak do światła u babci w piwnicy w miejscu, gdzie spodziewałbym się stacyjki. Odpędziłem zbliżającego się Marka i z trudem zluzowałem ręczny. Maszyna powoli ożywała. Silnik szybko rozkręcał się na bardzo niskim przełożeniu. Nie włączyłem zapłonu. W ogóle bałem się toto obudzić, bo jak tym dalej kierować, jak przerzucać te dzwignie? Po chwili żałośnie zatrzeszczał pod moją nogą hamulec i oburącz zaciągnąłem ręczny. Szkoda, że nie wystarczyło mi odwagi na odpalenie tego piekielnego urządzenia. No i ciekawe, jak właściciele uruchomią je, skoro zjechałem częściowo z górki?

Artur za kierownicą Stara

Do Koliby zostało nam najwyżej pół godziny. A tam zaskoczył nas brak jakichkolwiek przygotowań do budowy nowego schroniska, o czym słyszeliśmy w zeszłym roku, jak również kibelek w środku, co jest nowością, świadczącą raczej o przygotowaniu na dłuższe trwanie obecnej chałupy. Może to i dobrze, nowa pewnie nie miałaby tego klimatu.

Schronisko Koliba

Chodzenie spać jak niemowlęta, czyli koło dziesiątej zaczęło nas bawić (no może oprócz Marka).

Rano, przy śniadaniu, rozmawialiśmy z szefową. Życie w schronisku jest jednak zupełnie inne. Do najbliższego sklepu 3 kilometry, na pocztę 20. Gdy chwyci poważny mróz nie należy zbyt często otwierać lodówki, bo przechowywane tam produkty mogłyby zamarznąć. Bywa, że mop przymarza do podłogi, a w czajniku elektrycznym jest lód. Zupełnie inne życie.

Widok na Bukowe Berdo z okolic Koliby

Podbudowani jakością naszego życia ruszyliśmy w śnieg. Obraliśmy kierunek południowy, na połoninę Caryńską.

Podejście na Połoninę Caryńską

Liczyłem, że tam śnieg będzie wytopiony przez silny i ciepły wiatr. Już na podejściu natura, po raz nie wiem już który, przypomniała mi, żebym sobie niczego nie wyobrażał.

Widok na wschodni kraniec Połoniny Caryńskiej

Brnęliśmy po kolana, z rzadka tylko po kostki. Najlepiej było deptać krzaki jagód. Może było to podłoże mało stabilne, pełne ukrytych kęp i dziur, ale za to nie było śniegu. W sumie, co kto woli - pobiegać i tak nie da rady. Na górze obowiązkowy postój w błocie, sesja fotograficzna i dalej w śnieg przeplatany poletkami jagodzin, z taką różnicą, że po płaskim i teraz wiało nam w mordy naprawdę solidnie.

Na grani Połoniny Caryńskiej

Po najwyżej pół godzinie znów na południe, zdecydowanie w dół, prosto na schronisko pod Rawkami. Po zejściu z grani, może i przestało wiać, ale za to śnieg był zdecydowanie wyższy. W lesie napotkaliśmy umocnienia BPN, czyli poręcze i schodki, które pod śniegiem tworzyły niezłe zasadzki na nasze nogi i stawy (co to byłaby za historyjka, gdybym nie ponarzekał na budowle parkowe).

Wczesnym popołudniem zameldowaliśmy się w schronisku. Wieczór upływał na jedzeniu, przeglądaniu map, zabawie z kotami i w największej części na leżeniu na ławach.

Artur z kotem w schornisku pod Rawkami

Znów byliśmy jedynymi gośćmi. Szefowa pozwoliła mi napalić w kominku, więc najpierw zadymiłem całą stołówkę, a potem zdjęliśmy polary. Marcin odbudował formę na tyle, że nie podchwycił propozycji alternatywnego, prostego przejścia jutrzejszego dnia.

Marcin w schronisku pod Rawkami

A plany były poważne. Zamierzaliśmy na Rawkach bądź za tripleksem zejść ze szlaku i przez dolinę Moczarnego dotrzeć do Wetliny.

Wieczorem wyszliśmy na małą sesję zdjęciową.

Widok spod Rawek na schronisko na Połoninie Wetlińskiej - nocą

Rano, jak to często z nami bywa, spakowani i oczekujący na wrzątek do śniadania, oglądaliśmy umieszczoną w stołówce wystawę bardzo ciekawych zdjęć, zanim ktokolwiek z obsługi zawitał w kuchni.

Zgodnie z jakimś wyższym, nieznanym nam planem, szlaku na Rawki nikt dla nas nie wydeptał. Dobrze, że w nocy złapał mały przymrozek. Mogliśmy rozkoszować się suchymi butami aż na szczyt, a może i trochę dalej.

Mgła na Małej Rawce

Na Małej Rawce widać było tylko śnieg i mgłę. Zrezygnowawszy z planu dotarcia do tripleksu czy choćby Wielkiej Rawki, skręciliśmy na zachód, w mgłę i niewiadome, przekraczając małe bariereczki zakazujące łażenia poza szlakiem. Trawersem, lekko w dół brnęliśmy przez dziewicze terytoria, co jakiś czas weryfikując naszą pozycję z mapą i kompasem, tudzież, gdy drzewa i góry nie zasłaniały satelitów, z dżipiesem.

Schodzimy z Małej Rawki w kierunku Moczarnego

Po dobrej godzinie marszu trafiliśmy na jakąś archaiczną dróżkę porosłą małymi buczkami i jodłami. Pasowała zarówno do mojej mapy jak i do marcinowego urządzenia.

Za następne pół godziny trafiliśmy na potok, a raczej na zbieg potoków. W tej temperaturze zdejmowanie butów nie wchodziło raczej w rachubę. Ze względu na głębokość i wielkie, śliskie kamienie, przebieganie też nie miało sensu. A przejść trzeba. Znalazłszy odpowiednie miejsce, wspomagając się grubym kijem, przeskoczyliśmy na drugą stronę (a Marcin, to ściął w tym celu, swoim szwajcarskim scyzorykiem, młodego buka w parku narodowym! Oczywiście obaj po kolei udzieliliśmy mu stosownej reprymendy, ale i Ty droga Czytelniczko, drogi Czytelniku powinniście upomnieć go za ten niechlubny czyn).

Po kolei przebiegaliśmy przez potok

Od tego momentu szliśmy już doliną, wzdłuż Solinki, co parę minut napotykając małe polanki, wyraźny ślad działalności człowieka. Ja jednak, skupiłem się teraz nad mapą, uważnie obserwując wszelkie wyrównania terenu czy przecinki, poszukując jeszcze bardziej wyraźnego śladu ludzkiej działalności, a mianowicie torów kolejki bieszczadzkiej.

No i doczekałem się! Wyraźnie zwrócił na siebie moją uwagę niewielki betonowy cokół zaopatrzony od jednej strony w poziomą, drewnianą belkę (jako odbojnik), tkwiący pod lasem, po naszej prawej stronie. Podszedłem do niego, rozkopałem śnieg i moim rozradowanym oczom ukazały się szyny, najwyższy, ostatni odcinek torów. Przystanęliśmy nieopodal, w rzadkim młodniku, który wyrósł na rampie kolejowej.

Zwrotnica kolejki bieszczadzkiej i rozpadające się zabudowania ostatniej stacyjki

Po krótkim postoju ruszyliśmy w dół. Po torach było niewygodnie - przeciskając się między młodymi drzewkami i krzaczorami trzeba było uważać, żeby nie skręcić nogi na schowanych pod śniegiem szynach. Po drodze było źle, bo w głębokich koleinach stała woda, a przysypane błocko było niezmiernie zdradliwe i mało stabilne. Co kilometr spotykaliśmy małe, rozpadające się zabudowania - prawdopodobnie infrastruktura do obsługi kolei. Droga zaczęła przypominać to, co zwyczajowo nazywamy drogą. Tempo marszu wzrosło. Ale nie dla wszystkich. Gdy tory skręciły przez drogę w lewo i dalej przez potok, zaraz porwałem Marcinowi aparat i nie bacząc na trudności wlazłem na most kolejowy. Zagrożenia pociągiem już raczej nie było, za dużo drzew do przejechania. Musiałem wleźć na najdalszy, ostatni most kolejki. Moje zainteresowanie ciuchcią, jak zwykle, nie znalazło zrozumienia u towarzyszy wycieczki, którzy oczekiwali mnie przestępując z nogi na nogę.

Pierwszy mostek kolejki bieszczadzkiej

Za zakrętem dojrzeliśmy tuż przy drodze niewielki staw. Nasuwało się pytanie, po co komu staw w tej dziczy, tak bardzo odległy od osiedli ludzkich. Pościnane drzewa w okolicy i wysoki kopiec na samym środku stawu wyjaśnił sprawę - staw był potrzebny bobrom i przez nie został pracowicie stworzony. A teraz spały sobie spokojnie w swojej bezpiecznej i ciepłej żeremi. Minęliśmy jeszcze parę takich stawów i tamę na bystrej Solince.

Parę razy widzieliśmy młode drzewka ogryzione z kory przez sarny, lub raczej z racji wysokości ogryzania, przez jelenie. Faktycznie wędrowaliśmy przez dzikie rejony, ostoje zwierzyny.

Największe zaskoczenie i wrażenie było jeszcze przed nami. W pewnym momencie, idący przodem Marcin, przystanął patrząc pod nogi. Z pewną taką nieśmiałością podziwialiśmy ślady wielkich łap z charakterystycznymi czterema pazurami na przodzie. Najwyraźniej szedł tędy miś. Łapki miał całkiem słusznego rozmiaru, tropy były niewiele mniejsze od odcisku buta Marcina (rozmiar buta wewnątrz 295mm), zatem nie był to szczeniaczek. Dobrze, że szedł w przeciwnym kierunku niż my, nie mieliśmy możliwości wejść mu na ogon.

Ślad niedzwiedzia w dolinie Moczarnego

Po paru zakrętach, po paru górkach weszliśmy na teren Moczarnego. Podobno parę wieków temu istniała tu wioska, ale kogo nie zabiło morowe powietrze, tego zatłukli Tatarzy.

Dolina Moczarnego

Teraz stoi tu tylko jedna chałupa. Niestety, nie była to ruina, jakich kilkanaście spotkaliśmy w dolinie, tylko całkiem przyzwoity, zadbany dom. Strach obleciał nas chyba większy niż przy śladach niedźwiedzia - byliśmy przecież w zakazanym terenie, a skoro ktoś tu mieszkał, musiał być leśniczym lub pracownikiem Parku. Na wszelki wypadek przemknęliśmy szybko przed oknami, nawet nie patrząc w tamtą stronę, by nie ściągać wzroku ewentualnie patrzących mieszkańców. W odwodzie zawsze mieliśmy jakieś bajanie o tym, że zgubiliśmy drogę.

Wyraźnie rozjeżdżonymi koleinami, chyba nawet wyasfaltowanej drogi, szybko dotarliśmy do Wetliny. Po przekroczeniu bramy z informacjami, że na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie wolno tędy wchodzić, byliśmy bezpieczni.

Najpierw ruszyliśmy do sklepu, potem na kwaterę. Znany bar "Baza ludzi z mgły" był zamknięty, jak większość lokali czy hotelików. Dobrze, że nie wszyscy wyprowadzają się na zimę z Bieszczadów. Znana nam gospodyni agroturystyczna była na miejscu i po uiszczeniu opłaty włączyła w naszych pokojach centralne. Łażąc w skarpetach, zostawialiśmy z Markiem ślady stóp, jakbyśmy na bosaka spod prysznica właśnie wyszli. Jedynie marcinowe, a raczej bundeswerowe buty nadal opierały się wodzie.

Po chwili oddechu ruszyliśmy na poszukiwania ciepłego jedzenia. Przy drugim końcu Wetliny trafiliśmy na niezłą knajpkę w stylu wiejskim, w sumie jedyną otwartą. Przyswoiwszy ciepły posiłek postanowiliśmy wybrać się na clubbing po Wetlinie. Według opinii pani z ładnego, nowego sklepu vis a vis naszej kwatery, "Baza ludzi z mgły" miała być otwarta koło piątej. Niestety, nawet przed szóstą drzwi były zamknięte, a cisza i ciemności panujące w środku nie rokowały pomyślnie. Wróciliśmy na kwaterę, gdzie do wieczora, ciasteczkami zagryzaliśmy grzańca grzanego w kubku zanurzonym w czajniku elektrycznym.

Artur, Marek i Marcin w knajpce w Wetlinie

Rano, jak zwykle Marcin obudził się po szóstej i leżąc czytał już drugi tom "Łun w Bieszczadach". Pomijając komunistyczną propagandę, książka cokolwiek nawiązywała do naszego szlaku wyludnionych wsi. Tworylne, Krywe, Hulskie, Caryńskie, Berechy Górne to wioski, które zostały całkowicie wyludnione. Zatwarnica, Dwernik, Nasiczne zostały zaludnione na nowo. Przed nami były jeszcze Jawor(z)ec, Łuch, Zawój, Polanki, gdzie tylko w ostatniej jest kilka gospodarstw. To wszystko skutek akcji "Wisła" - wysiedleń w celu pokonania UPA.

Marek obudził się, gdy bohaterski generał Świerczewski zapowiadał wojsku ostateczne uderzenie. Mnie obudziły strzały sotni Hrynia atakującej konwój Generała pod Jabłonkami.

Niedługo, po śniadaniu, staliśmy znów we trzech na rozstaju dróg, przy drogowskazie szlaków.

Żółty szlak z Wetliny na przełęcz Orłowicza

Tradycyjna droga na przełęcz Orłowicza zajęła nam standardowe półtorej godziny. Ktoś przetarł szlak do granicy lasu, dzięki czemu mieliśmy łatwiej. Na przełęczy śnieg, błoto, silny wiatr, mgła, wilgoć i chłodno, czyli pogoda, przy której ostatnimi laty najczęściej tu bywam.

Marek na przełęczy Orłowicza

Jakieś mizerne ślady przeprowadziły nas na północną stronę i po paru metrach zanikły. Znów głównie po jagodzinach, taplając się w śniegu, brnęliśmy po szlaku.

Idziemy z przełęczy Orłowicza zboczem Smereka

Generalnie chodzenie szlakiem lub bez, różniło się tylko tym, czy patrzymy na mapę, czy na kolorowe paski na drzewach. Ścieżki i tak nie było widać. Spotkaliśmy za to trzy łanie, czyli samiczki jelenia.

Trzy łanie na szlaku do Jawor(z)ca

Niewiele dalej śnieg nagle ustąpił i do końca wyprawy już go z bliska nie widzieliśmy. Oczy musiały się długo przyzwyczajać do widoku błotnistego gruntu i zielonej gdzieniegdzie trawy.

Schronisko Jawor(z)ec w swojej uroczej dolince

Znów dość wcześnie byliśmy na miejscu - w chacie w Jawor(z)cu. Zamówiliśmy pokój z trójkątnym oknem i ośmioma łóżkami, tak żeby każdy miał dodatkowe wyrko na rozwalenie własnego bałaganu. W rozmowie z obsługą dowiedziałem się, że po ponad ośmiu latach zamierzają opuścić schronisko. A prawdę mówiąc to nowy najemca ma lepsze układy w PTTK i jego najprawdopodobniej nie będą gnieść wyżyłowanym czynszem. Cóż, nawet w tę dolinę bez ludzi, prądu i ze słabym zasięgiem komórkowym dotarły układziki i koneksje.

Wieczór spędzaliśmy na leniwych, spowolnionych rozmowach, grzanym piwku z jajem, zabawach z aparatem fotograficznym.

Schronisko Jawor(z)ec - zanim włączyli agregat, siedzieliśmy przy świecach

Jedna z ław dotkliwie zraniła mnie długą drzazgą. Tę pamiątkę z ulubionego schroniska dumnie nosiłem w sobie jeszcze dobry tydzień. Gdy całkowicie zaszło słońce został uruchomiony agregat prądotwórczy. Dzięki temu sotnie UPA zaczęły kopać bunkry-ziemianki ukrywane w lasach, we wsiach pod domami.

Rano, jak zwykle przed czyjąkolwiek pobudką, Marcin przy pomocy czołówki, ale nie wychodząc ze śpiwora, śledził wzmożone akcje Wojska Polskiego przeciw, znajdującym się w coraz trudniejszej sytuacji, banderowcom. Wstający dzień ukazywał powoli pięknie przyprószone śniegiem drzewa w wyższych partiach gór. Przykro było wstawać wiedząc, że przed nami ostatni dzień wędrówki.

Poranny szron na drzewach

Już wieczorem zrezygnowaliśmy z pomysłu wchodzenia na Falową czy inne okoliczne góry i skłanialiśmy się ku wariantowi najprostszemu, czyli drogą po zachodnim brzegu Wetlinki na północ. Teraz pojawiła się koncepcja, aby nie nadkładać drogi do mostu na południe, tylko przejść przez teren wsi Jawor(z)ec i brnąć dalej wschodnim brzegiem, aż do drugiego mostu, parę kilometrów na północ. Marcin miał już dość wrażeń, nie chciał przemęczyć kolan, bo znał takie moje pomysły. Marek był napalony, a ja rozdarty. Gdy dotarliśmy do jawor(z)cowego cmentarzyka stwierdziłem, że warunki są całkiem sprzyjające, więc tu rozdzieliliśmy się.

Dolina wioski Łuch, pomiędzy Jawor(z)cem a Zawojem

Marcin ruszył dobrze znaną nam drogą nad urwistym brzegiem, przez osadę smolarzy do południowego mostu. My przechodziliśmy koło drzewek owocowych, zapadniętych piwniczek. Droga wiła się po płaskich, zalewowych terenach, nawet trochę żałowałem, że nie idziemy wszyscy razem. I było tak miło do miejsca, gdzie potok wdzierał się w podnóże góry kompletnie pozbawiając nas jakiejkolwiek porządnej drogi. Skrajem osuwiska, trochę po częściowo zanurzonych kamieniach pokonaliśmy większą część zakola rzeki. Dalej, niestety, bez wchodzenia po kolana w wodę, nie było szans. Po osuwającym się gruncie, chwytając cudem zakorzenione drzewka, wspięliśmy się ładnych parę metrów wyżej. Zanim dotarliśmy na bardziej płaski kawałek ziemi, zdążyliśmy się nawet spocić. Przez krzaki widać już było północny most, a przez Wetlinke trzeciego kompana wyprawy.

Most na wetlince, ten na północy

Droga wspinała się dość wysoko, na przemian popadywał deszcz i świeciło słońce. Na terenie nieistniejącej wioski Zawój, którą rzeka opływa od trzech stron, przystanęliśmy pod daszkiem jakiejś nowej wiaty, na mały odpoczynek.

Kwadrans dalej, boczna ścieżka doprowadziła nas do rezerwatu "Sine Wiry". Sesja zdjęciowa na kilkumetrowej wysokości skałach, głęboko porytych przez wodę, podbudowała nasze samcze ega.

Marcin w rezerwacie Sine Wiry

Podczas kolejnego deszczyku mijaliśmy osuwisko, które w 80-tym roku ubiegłego stulecia spiętrzyło wody tworząc małe jeziorko-zalew. Prawdopodobnie było to spowodowane tymi samymi ulewami, które doprowadziły do przemian w Polsce (opowiadał nam o tym Lach w Ustrzykach Gornych na końcu opowiastki dziewiątej o arktycznym obliczu Bieszczadów).

Dotarłszy do drogi Dołżyca-Terka, ślicznie ostatnio wyremontowanej, ponownie podzieliliśmy grupę. Marek ciekaw był jak teraz wygląda cerkiew w Łopience, widział ją dużo dawniej niż ja, zatem ruszył na zachód. My pognaliśmy do Terki, aby zamknąć pętlę naszej kilkudniowej trasy.

Odbudowana cerkiew w Łopience

Gdy już wszyscy dobiliśmy na kwaterę, postanowiliśmy uczcić zakończenie trasy obfitym obiadem. Prawdę mówiąc, to odkąd wyszliśmy w góry, nigdy nie najedliśmy się naprawdę do syta. Teraz przygotowaliśmy taką ilość żarcia, że ze względu na małą pojemność standardowych talerzy, musieliśmy jeść na dwa razy. Zaległszy na wyrkach z pełnymi brzuchami, w dobrych nastrojach sączyliśmy piwko. Żołnierze wysiedlali ostatnie, pozostałe przy życiu wsie, ostatnie oddziały UPA rozsypywały się, paru banderowców ominąwszy patrole graniczne, poprzez Czechosłowację, dotarło do amerykańskiej strefy okupacyjnej - Bieszczady były wolne (straszna propaganda, nie?).

Podsumowując:
- przeszliśmy przez tereny około dziesięciu wysiedlonych wiosek, w każdej z nich przed wojną mieszkało kilkuset ludzi,
- przez 6 dni wędrówki nie spotkaliśmy na trasie, ani w żadnym schronisku jakiegokolwiek turysty, za to widzieliśmy dużo tropów zwierzyny, żeremia i na żywo kilka łań,
- śnieg spadł dwa dni przed naszym przyjazdem i stopniał całkowicie, nawet w najwyższych partiach, najdalej tydzień po naszym odjeździe - to się nazywa szczęście,
i byłbym zapomniał:
- zobaczyliśmy końcowy odcinek torów kolejki bieszczadzkiej!

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)