powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu WIOSENNYCH historyjek

Dawno nie byliśmy w górach - już ponad 3 miesiące. Długo oczekiwana wiosna wreszcie przyszła. To wystarczająca lista dostatecznych powodów, by ruszyć na kolejną wyprawę.
Od paru lat, przy każdym planowaniu wyjazdu, Albert delikatnie i cierpliwie, nawet z pewnym uporem, proponował wyprawę na Śnieżnik. Marek czy ja mieliśmy z reguły inne propozycje, na co bez większych problemów przystawał. Tym razem na placu boju pozostało tylko nas dwóch: Albert i ja. Stwierdziłem, że jeśli tak mu zależy, że skoro już kupił mapę i przewodnik - to sprawdzimy jak wygląda Kotlina Kłodzka. A niech się chłopak ucieszy.
Ruszyliśmy o jakiejś małochrześcijańskiej porze, konkretnie była chyba piąta rano, gdy odpaliłem silnik. Po paru kilometrach przypomniałem sobie, że warto mieć ze sobą górskie buty, więc musieliśmy zawrócić. Dalsza podróż przebiegła już normalnym trybem. Na posiłek zatrzymaliśmy się gdzieś za Częstochową. Dopiero wtedy Marek odebrał nasze głupawe smsy wysyłane o świtaniu. Opole, Nysa i wita nas Kotlina Kłodzka.
Przejechaliśmy wzdłuż i w poprzek Stronie Śląskie nie znajdując ciekawego miejsca na zostawienie grata. Skierowawszy się zatem w stronę pierwszego zaplanowanego szlaku, dotarłszy do końca wąskiej dróżki, stanęliśmy na szutrowym parkingu przy smażalni pstrągów.
Padało. Nie za mocno, ale dostatecznie, by na zewnątrz było wyraźnie mniej przyjemnie niż w ciepłym, suchym samochodziku; nie grała muzyka, nie było na czym usiąść. Trzeba mieć narobione, żeby zamiast szukać miłej knajpki i cichej kwatery leźć w góry. Po tej konstatacji wrzuciliśmy plecaki na plecy i ruszyliśmy.
Szlak gdzieś znikł, droga też przestała istnieć. Idąc przez pola, przez laski i krzaki znaleźliśmy żółte paski na drzewach.
Gdzieś powyżej widać było kilka białych placków. Żaden z nas tego nie komentował, bo wiosna w pełni, o śniegu zapomnieliśmy dawno. Po niepełnej godzinie marszu nie dało się przemilczeć faktu, że śnieg jest, a przypuszczalnie będzie go więcej.

idziemy ze Stronia Śląskiego do Bielic

Deszcz ze śniegiem padał, a my wędrowaliśmy leśnymi drogami.

idziemy ze Stronia Śląskiego do Bielic

Śnieg z deszczem padał, a my wędrowaliśmy leśnymi drogami.

idziemy ze Stronia Śląskiego do Bielic

No i mamy, klasyczny nieomalże, film drogi. Jest droga, są dwaj faceci, brak tylko motocykli i prerii. Nawet nuda podobna. Nic się nie dzieje, bo to polski film. Na przełęczy kolejna droga; tym razem wąską asfaltowa.
Padający dość intensywnie śnieg nie pozwolił pozachwycać się widokami.

idziemy ze Stronia Śląskiego do Bielic

Skończył się asfalt, skończyła się droga, śnieżyca nie skończyła się. Znaki szlaku nierzadko ginęły nam z oczu. Minęliśmy przedwojenne ślady cywilizacji w postaci resztek fundamentów i podmurówek kilku zabudowań o bliżej niedookreślonym przeznaczeniu, rozrzuconych po lesie.
Przystanąłem, by wyciągnąć ochraniacze. Gdy dobę wcześniej pakowałem się, znalazłem je na dnie plecaka, jeszcze po styczniowym wypadzie. Zastanawiałem się, wziąć, nie wziąć. W końcu machnąłem ręką, przecież to prawie nic nie waży, pewnie kompletnie bez sensu, ale niech sobie pojadą. Albert miał ten sam problem, ale roztrzygnął go na niekorzyść ochraniaczy. Teraz mi pozazdrościł.
Na podejściu pod najwyższy w tym dniu szczycik, zupełnie straciliśmy z oczu nasze żółte znaki. Dla odmiany trafiliśmy na czerwone. Krótkie spojrzenie na mapę uspokoiło nas - oba szlaki docierały na górę. Niestety, na górze było troszkę gorzej. Śnieg po kolana uniemożliwiał dostrzeżenie jakiejkolwiek drożynki, czy ścieżki. Gałęzie świerków, obwisłe pod dużym ciężarem, kompletnie zakryły jakiekolwiek znakowanie. Wleźliśmy między drzewa, by popatrzeć po raz kolejny na mapę. Silny wiatr targał papierem, płaty śniegu napawały obawą kompletnego rozpuszczenia płachty, co mogło skutkować naszą zgubą. Zanim przyszło najgorsze wytyczyłem azymut. Po paru minutach również szlak odnalazł swoją drogę na białym pustkowiu i dołączył do nas żółtymi znakami.
Zeszliśmy do Bielic. Ślady pługa śnieżnego cokolwiek nas zaskoczyły.
Wiosna robiła co mogła, by pokonać zimę.

Wodospad w Bielicach

Albert zaplanował nocleg w chacie u Cyborga. Jeszcze przed wyjazdem zapytałem, czy sprawdzał te chatę, dzwonił, szukał informacji w internecie. Z rozczulającym uśmiechem poinformował, że nie.
Trochę byłem już zmęczony, a trzeba było przejść prawie przez całe, dość długie Bielice. Chatę odnaleźliśmy. Miała dualną naturę, czyli część pensjonatową i schroniskową. Można było nocować w pokoju z łazienką i telewizorem, jeść w miłej restauracji-barze, albo spać na piętrowym łóżku, samemu zrobić sobie żarcie w dobrze wyposażonej kuchni i zjeść przy kominku, a do kibelka chodzić na parter. Wybrawszy opcję ekonomiczną zagadaliśmy o jedzenie. Pani miała akurat kilku gości w ekskluzywnej części. Dzięki temu zostało trochę resztek z pańskiego stołu w postaci całej wazy zupy pieczarkowej, półmiska ruskich ze skwarkami i kompotu.
Wspaniale było po wyżerce posiedzieć przy kominku susząc spodnie i grzejąc nogi.
Na następny dzień mieliśmy do przejścia dość konkretny kawałek drogi. Dobre dwadzieścia kilometrów po górach, po śniegu, na Śnieżniku kończąc, a dokładnie to tuż za nim w schronisku. Sądząc po pokonanym dziś odcinku, trasa zapowiadała się na wielogodzinny, całodniowy marsz. Do końca nie byliśmy pewni, czy damy radę pokonać dystans jednego dnia. Plan był taki, że jeżeli do letniego przejścia granicznego, mniej więcej w połowie drogi, dotrzemy przez pierwszą po południu, to ruszamy dalej. Jeśli po pierwszej, to drogą schodzimy do pierwszych zabudowań i tam szukamy noclegu, aby trasę dokończyć następnego dnia.
Pobudka była, zdaje się, zdecydowanie przez siódmą rano. Przed ósmą rano staliśmy już przed chatą Cyborga, w pełnym rynsztunku, z termosami pełnymi gorącej herbaty i, póki co, w suchych butach.
Po raz kolejny droga, pustkowie i dwóch facetów połączonych ideą przemierzania przestrzeni.

Wychodzimy z Bielic

Pół godziny dalej, szlak skręcił z odśnieżonej drogi w las, w górę. Śnieg, pod wpływem wiatru, osiadł tylko po jednej stronie pni. Przez to, las po obu stronach ścieżki wyglądał zupełnie inaczej.

Las po lewej    Las po prawej

Niestety, szliśmy od strony białych pni. Czyli jak zwykle, oznaczenia szlaku były skryte przed naszymi oczami. Szliśmy szukając pod śniegiem śladów ścieżki, co i rusz patrząc za plecy na oznaczenia, by upewnić się, czy jeszcze idziemy zaplanowaną trasą. Jak łatwo odgadnąć, nie dalej jak po godzinie marszu, wędrowaliśmy przez dziewiczy teren. I to akurat nie ja prowadziłem!
Najprawdopodobniej zagnało nas, ściągnęło na teren rezerwatu. Przez gąszcz choinek szliśmy jak przez labirynt, przez świerkowy młodnik jak przez pole minowe, bo co i rusz wpadaliśmy po pas albo i głębiej w śnieg. Kilka razy trzeba było zawracać, szukać innej drogi.
Mgła odcinająca nas od świata i jakichkolwiek widoków, śnieg nieskażony ludzką stopą, niedookreślone nasze położenie powodowały ciekawy klimat.

Zadymka na wiosnę

Korzystając z mapy i kompasu, bo zwyczajna orientacja w terenie przez mgłę dawno zawiodła, zdołaliśmy dotrzeć do szlaku. Z początku widać było tylko dziwną przecinkę i różnego wieku drzewa po obu stronach. Potem zauważyliśmy ślady skutera śnieżnego. Na koniec dostrzegliśmy, wystający parę centymetrów nad śnieg, sam wierzchołek słupka granicznego. Zatem, po pierwsze dotarliśmy do granicy-szlaku; po drugie, śniegu jest dobre pół metra na lekko przydeptanej ścieżce; po trzecie, być może skuterem jechali pogranicznicy, zatem najbliższe kilka godzin będzie łatwiej iść i nie zgubimy drogi.
Przystanęliśmy na chwilę na Polskiej Horze, by uczcić powrót na szlak herbatnikiem i kubkiem gorącej herbaty. Dalej panowała mgła, ale skuter cokolwiek ułatwiał marsz. Konkretnie, to w jego śladach nadal zapadaliśmy się, jednak odpadł problem szukania drogi. Czasem ślady wyraźnie skracały drogę ścinając meandry szlaku granicznego. Czasem fantazja prowadzącego wygrywała i zataczaliśmy zupełnie niepotrzebnie dość duże kółko.
Po kilku godzinach marszu granicą zauważyliśmy pewne różnice. Nasze tablice typu Granica Państwa - przekraczanie wzbronione były pordzewiałe, na betonowych słupkach, tak na oko stawiane dobre 15-20 lat temu. Natomiast sąsiedzi przykładali się dużo bardziej. Pozor - statni hranice były szalenie eleganckie. Słupki z ocynkowanej rury, tablice aluminiowe, wyklejone odblaskowa folią wyglądały na bardzo świeżutkie. Druga ciekawostka to zalesianie. Nasi południowi bracia sadzą drzewa w postaci wąskiego, ale bardzo gęstego pasa, kilka metrów na południe od granicy. Zupełnie jak w latach 50. czy 60. Gdy gubiliśmy szlak, najłatwiej było poszukać pasa młodych sadzonek chronionych jeszcze folią przed zwierzyną. Ciekawe, kiedy wrócą do startego dobrego i zapewne dającego świetne efekty, pomysłu orania i bronowania pasa granicznego? I Ciekawe jak to się ma do otwierania granic? Choć z drugiej strony, mieszkając w państwie wielkości małego województwa, może też chciałbym zaznaczyć dokąd sięga moja ojczyzna.
Tak to rozważając polsko-czeskie stosunki graniczne nie zauważyliśmy, gdy słoneczko wyszło zza chmur. Zima pokazała nam swoje milsze strony.

Słoneczna zima

Przystanęliśmy na chwilę, a w lesie rozpoczął się niesamowity spektakl. W parę chwil po tym, gdy słońce zaczęło grzać, czapy śniegu zsuwały się i spadały z głuchym dudnieniem. Odciążone gałęzie przywracały świerkom normalny kształt. Kolejna chmurka zasłaniając słońce przerywała to na moment, by zaraz znów, z następnymi ciepłymi promieniami, zaczynało się od nowa. Najpierw szum w gałęziach, potem dudnienie o grunt i przez chwilę powoli opadający puch. Trzeba było mieć niezły refleks i trochę szczęścia, by zobaczyć całość, od samej góry.
Trochę niżej słońce bardziej pomogło wiośnie w zwalczaniu zimy. Śnieżny skuternik dał za wygraną i zawrócił.
Jak tu pięknie pachniało wilgotną, oddychającą po zimie ziemią! Łażąc drugi dzień w zimowej aurze, zapomniałem, że przecież tak było w parku koło domu miesiąc temu.

Zima walczy z wiosną

Dotarliśmy do przełęczy. Letnie przejście graniczne było kompletnie zawalone śniegiem. Droga od jednej jak i od drugiej strony ładnie odśnieżona kończyła się szlabanami, każdy w własnej, potężnej zaspie. Po naszej stronie na dużej tablicy umieszczono polską flagę, podobna tablica po czeskiej stronie ozdobiona była flagą unijną. A myślałem, że Czechy, jakkolwiek nie za duże, to mają własne barwy i godność.
Usiedliśmy w wiacie po naszej stronie, wyciągnęliśmy chleb, termosy, czekolady, pasztety. W posiłku przeszkodzili nam pogranicznicy, o dziwo nasi. Ktoś zesłał ich tutaj, może coś przeskrobali? Pogadaliśmy chwilę, wygrzebaliśmy z plecaków dokumenty. Oni kompletnie nic nie wiedzieli na temat jeżdżącego niedaleko przecież skutera śnieżnego. To, co opowiadali o czekającej nas drodze, też wskazywało, że ostatni raz byli tam przed zeszłorocznymi opadami śniegu. W sumie racja, po co mają się męczyć, przecież pilnowanie granicy, to zaszłość 60. lat. Tylko po co ich ktoś tu wysłał?
Spojrzenie na mapę i zegarek uświadomiło nam, że dotarliśmy na wyznaczone miejsce tylko na kwadrans przez zaplanowanym czasem. I co teraz? Iść dalej trochę ryzyko, że nie dotrzemy do schroniska przed zachodem, dość przecież wczesnym w kwietniu. Ale tak zejść na dół, gdy słońce wysoko, a góry wzywają... I co? My nie dojdziemy? MY?! Nie dojdziemy? Jeśli nie my, to kto?! Jak nie dojdziemy, jak dojdziemy! Powziąwszy decyzję przyspieszyliśmy konsumpcję.
Po kwadransie, spakowani staliśmy już na szlaku. Rypanie w zupełnie dziewiczym śniegu, pod górę, a w szczególności po odpoczynku, było żmudne i męczące. Musieliśmy odzyskać wysokość, którą straciliśmy schodząc na przełęcz. Po godzinie dotarliśmy na ślady lasu zdewastowanego przez leśniczych. Drzew nie było żadnych, powyrywane karpy straszyły powykręcanymi korzeniami jak wężowe włosy Meduzy - smutny, matrwy widok. Wszystko przykrywał śnieg całkowicie udaremniając wszelkie próby odnalezienia właściwej ścieżki.
Wziąłem mapę, kompas, rozglądałem się ile mogłem. Mgła ustąpiła, ale jakoś trudno mi było wskazać dokładnie gdzie jesteśmy. Pasowało mi mniej wiecej jedno miejsce, trochę obawialiśmy się marszu przez poukrywane pod śniegiem wykroty, lekko skręciliśmy. Dość szybko wyszło na jaw, że to nie szlak, a lyżowa ścieżka szlak dla narciarzy biegowych. Na dodatek nauczna edukacyjna.
Pierwszy raz uraczyły nas szersze widoki. Mniej wiecej lewa połowa to Polska, a prawa to Czechy. Dobrze widać, że zima okupowała górki powyżej 600-700 metrów.

Granicza polsko-czeska

I tak to, po raz pierwszy, ale nie jedyny, przerwaliśmy granicę. Po godzinie, czy dwóch tropy narciaży dotarły szerokim łukiem do granicy i naszego szlaku. Mimo wyraźnych zakazów deptania po lyżnych stopach śladach nart, mimo kolejnego odejścia w głąb bratniego kraju, spokojnie rozdeptywaliśmy ścieżkę narciarską. No, może nie tak spokojnie, bo Masyw Śnieżnika przesłaniał nam zachodzące powoli słońce. Do celu był jeszcze całkiem niezły dystans, zmęczenie dawało się we znaki, a przed nami nie było już żadnego skrótu, żadnej innej cywilizacji.
Powoli, zakosami, prawie serpentynami narciarskiego szlaku wchodziliśmy wyżej i wyżej. Szybciej byłoby wleźć na wprost, przez choinki - ale latem. Teraz nadrabialiśmy kilometry by nie stracić coraz bardziej cennego czasu. Drzewa były z każdym krokiem niższe, powoli przechodziły w kosówkę, o czym zaświadczały kolejne tablice naucznej ścieżki. Słońce pokolorowało chmury na czerowno, Albert musiał odpuścić sobie utrwalenie zachodu ze Śnieżnika. Dotarliśmy na jakieś bezdrzewne wypłaszczenie, które niestety, przy bliższej weryfikacji, nie okazało się szczytem. Resztki dziennego światła pozwoliły nam dostrzec tyczki i ślady wyznaczające drogę na górę. Lekki niepokój pchał mnie szybciej, ustępująca pod ciężarem, lodowa powłoka na śniegu, zdecydowanie spowalniała.
Szybko zapadł zmierzch. Na Śnieżnik weszliśmy już po ciemku. Było zimno, wiał bardzo silny wiatr. Z trudem dostrzegliśmy jakąś czesko-języczną tablicę. Podobnej, po naszemu, nie znaleźliśmy. Wreszcie w ojczyźnie, po długiej tułaczce na obczyźnie, a nie wiedzieć czemu, odeszła nam ochota na odpoczynek po szczytowaniu. Rozglądaliśmy się po okolicy szukając naszego, polskiego szlaku. Założyłem, że z racji bliskości schroniska, powinna tu dochodzić dobrze znaczona, wydeptana droga. Niestety, nic nie było widać. Ruszyliśmy po omacku w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyszliśmy. Po parunastu krokach przystanęliśmy pokazując sobie coś nawzajem. Krzak przesuwający się na tle dalszego lasu wydał nam się skradającym zwierzakiem. A drogi, jak nie było tak nie było. Liczyłem, że w ciemności będzie może widać światło schroniska. Niestety nic. Wymyśliłem coś innego. Jeśli okrążymy w pewnej odległości cały szczyt, powinniśmy przeciąć szlak. W głębokim śniegu napewno zauważymy wydeptany ślad. Po kolejnych, niezbyt przyjemnych, długo trwających chwilach, tracąc mnóstwo siły przy zapadaniu się w przykrytych zlodowaciałym śniegiem jagodzinach, trafiliśmy na tyczki i ścieżkę. Dopiero teraz stwierdziłem, że możnaby wyciągnąć kompas, mapę, latarkę i podejść do tego bardziej naukowo.
Podeszliśmy znow na szczyt, do jakiejś kupy kamieni, przycupnęliśmy na zawietrznej. Faktycznie zgadzało się. Zrobiliśmy całkiem niepotrzebny, półgodzinny spacer wokół szczytu. Uspokoiwszy się, chlupnąwszy po większym łyku nie za gorącej już herbaty, ruszyliśmy w dół. Było tak ciemno, że znów musieliśmy szukać śladów. Tym razem poszło szybciutko. Wygodnie wydeptaną i rozjeżdżoną ścieżką po dłuższym kwadransie dotarliśmy do schroniska.
Na ganku, za pomocą miotły, oczyściłem buty i ochraniacze ze śniegu. Albert, jak na początku wspominałem bez ochraniaczy, musiał teraz uporać się z lodem na sznurówkach, który uniemożliwiał mu zdjęcie butów.
Wszedłem do środka. Cisza, spokój, ciepło. Po całym dniu łażenia fantastycznie jest wrócić do cywilizacji. Ktoś z obsługi zaczepił mnie: coś późno przychodzicie. Ano tak wyszło. Tak, przychodzicie o 10 wieczorem, trzeba było wcześniej wyjść. Wyszliśmy z Bielic przed 8 rano, wcześniej nie dało rady. Panie, toż to niezła trasa na cały dzień latem, a nie przy takich warunkach! Po tej krótkiej wymianie zdań chyba zyskaliśmy w oczach obsługi. A przynajmniej nie traktowali nas jak niedzielnych turystów, którzy wyszli z najbliższej miejscowości po obiedzie i ledwo doszli najkrótszym szlakiem.
Najprawdoodobniej byliśmy jedynymi gośćmi. Pusto w pokoju, pusto na zamykanej już stołówce. Zamówiliśmy po kiełbasce i piwku. Z wielu zdjęć i rysunków rozwieszonych na ścianach, wynikało, że sterta kamieni, za którą znaleźliśmy nikłe schronienie na szczycie, to resztki wysadzonej w powietrze wieży widokowej, wybudowanej ponad 100 lat temu. Powoli tajaliśmy. Byliśmy bardzo zmęczeni. Za nami zostało dobre 20 kilometrów marszu w śniegu przez jakieś 13 godzin. Porządny wynik. Odprężenie przyniosło nam stan głupawki. Miły wieczór.
Szybko poszliśmy spać, choć do pokoju trzeba było jeszcze pokonać schody. Spaliśmy sobie do późna, bo przecież nic nas już nie goniło. Po śniadanku i uiszczeniu się za nocleg, ruszyliśmy w dół. Ogólnie, schronisko cokolwiek kołchozowate i trącące geesem (ktokolwiek pamięta jeszcze co to), ale było miło i miało jakiś tam pozytywny klimat.

Schronisko pod Śnieżnikiem

Wracanie do cywilizacji zawsze ma dla mnie smutny nastrój. To coś, jakby wyjeżdżać z miasta w którym spędziło sie kilkanaście lat, jakby żegnać się z przyjacielem, który jedzie za ocean. Niby wiadomo, że można wrócić, można znów razem pójść na piwo, ale to już nie to. Wracam zawsze powoli, spokojnie, ciesząc się każdym krokiem po czymkolwiek innym niż beton i asfalt.
W dolinach wiosenne słońce przepędziło zupełnie zimę.

Potok

Minęliśmy stary piec do wypalania rudy żelaza przerobiony na muzemu-pensjonat. Pomachaliśmy kilku sarnom leniwie oddalającym się po łące. Przysiedliśmy na parę minut na rozstajach dróg podziwiając panoramę Stronia Śląskiego.

Stronie Śląskie

Jeszcze polna droga, jeszcze trochę błotka, przejście wskos przez ugorujące pole... i definitywnie asfalt.
Znależliśmy kwaterę i zostawiwszy plecaki, ruszyliśmy po samochód. Stał sobie spokojnie tak, jak go zostawiliśmy, koło hodowli pstrągów, na początku szlaku.
Następnego dnia zwiedzaliśmy nasz piękny kraj. Pół godziny poświęćiliśmy na spacer po Lądku Zdroju.

Lądek Zdrój

Polecam drogę z Lądku do Złotego Potoku - piękna widokowo, choć zalesiona, całe mnóstwo serpentyn, można bicepsy za kierownicą poćwiczyć.
Następny przystanek - Otmuchów. Jednokierunkowa droga przebiega tuż obok starej, jakby zapomnianej, a pięknej baszty. Przynajmniej na mnie zrobiła niesamowite wrażenie. Nad rynkiem góruje całkiem imponujący zamek z zachowanymi w dużym stopniu murami. Jest tam drogi hotel, na wieżę trudno się dostać poza sezonem, ale pospacerować można. No i armata - o! Jaka wielka!

Armata na zamku w Otmuchowie

W drodze powrotnej odwiedziliśmy Marka, pogrążonego w nauce, na swoich podwarszawskich włościach. Przy sutej kolacji przekrzykiwaliśmy się opowiadając mu i jego rodzicom gorące wrażenia z wyprawy. Po godzinie byliśmy w mieście.
Piękne mamy góry - nie tylko Bieszczady.

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)