powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu ZIMNYCH historyjek

Oj, ciężko było. Jak się moi klienci (czcigodni, bo życiodajni) zwiedzieli, że wyjeżdżam na przedłużony weekend w Bieszczady - postanowili mnie wspomóc finansowo. A że klient wiadomo - człowiek chytry, to zlecili mi odpowiednio dużo pracy, żeby móc mi potem uczciwie dużo zapłacić. Dzięki temu, że zmówili się prawie wszyscy, w nocy z czwartku na piątek nie starczyło mi czasu na sen. Piątek też niestety spędziłem pracowicie. Na pakowanie zostało mi jakieś 2 godziny. Niestety, w tym czasie nie da się umyć (kto wie, kiedy znowu trafię na rurę z wodą bieżącą), spakować i przejechać przez całe miasto na Warszawę Wschodnią. Dobrze, że ludzie wymyślili komórki: tato, możesz przyjechać i zawieźć mnie na Wschodnią, bo się nie wyrabiam; Marek, jak już jesteś na Wschodniej, to kup i dla mnie bilet, potem może nawet oddam Ci forsę. Dotarłem. Albert i Marek, jak zawsze punktualni, już czekali. Na Centralnej dosiadł Tung. Pociąg ruszył koło 8 wieczorem. I jechał, i jechał, i jechał. W Sanoku byliśmy nad ranem. Wyremontowana poczekalnia stacji kolejowej wyglądała co prawda przytulnie, ale kilku, może kilkunastu tubylców, których stan wskazywał na nieprzychylność ich żon, już wcześniej doceniło komfort wypoczynku na nowych ławkach. Zatem udaliśmy się na poranne zwiedzanie Sanoka. Sklepy pozamykane, mróz jak diabli, ścigają mnie dwie nieprzespane noce. W całkiem fajnej knajpie udało nam się doczekać do odjazdu autobusu. Zdjęcia, jak wyglądam w autobusie, nie będę prezentował - domyśl się.

Koło Cisnej autobus robi specjalną pętlę, żeby można było docenić piękną naszą polską ziemię, a w szczególności Żubracze. A może po to, żeby trasę wydłużyc o parę kilometrów? Ale dzięki temu, na odcinku Cisna-Żubracze wystarczy patrzeć tylko przez swoją szybę, żeby zobaczyć obie strony drogi. A było na co patrzeć. Słoneczko piękne, drzewa co prawda komplenie łyse, ale za to od pewnej wysokości przykryte czymś białym. Podziwiając te widoki dojechaliśmy do końcowego przystanku w Wetlinie. A tu rozczarowanie: oba, upatrzone dawniej, sklepy monopolowe, zamknięte. Dobrze, że Albert nie traci głowy w takich sytuacjach: trzeba miejscowego spytać. I już za kwadrans, góra pół godziny, każdy szedł z plecakiem cięższym o litrowy karton, względnie butelkę wina.

Z Wetliny na przełęcz Orłowicza jest całkiem niedaleko. Wydawałoby się, że niewiele może się zdarzyć. A jednak... Na dole krajobraz (w krajobraz nie wlicza się mrozu) wyglądał wczesno-wiosennie. Z każdym krokiem zbliżaliśmy się do pobielonych drzew.

Ścieżka skręciła. Krajobraz diametralnie się zmienił. Teraz panowała sroga zima. Jednak nie było śniegu. Wszystkie gałązki, każdy uschnięty listek na ziemi, każde źdźbło trawy - wszystko zmrożone, pokryte kruchymi igiełkami lodu. Dzięki temu, obraz stał się tak kontrastowy, jakbym dopiero teraz zaczął widzieć ostro. Granica pór roku była nieprawdopodobnie wąska. Tak chyba musiała czuć się Alicja przechodząc przez lustro.

Pół godziny później las się skończył. I tu nowe oczarowanie. Nigdy w życiu nie widziałem takich traw. A to drzewko na stoku połoniny Wetlińskiej... Urocze, prawda?

Wyleźliśmy na grań. A tam poczuliśmy zefirek. Niestety nie był ani lekki, ani cieply. Wpadłem na pomysł żeby osłonić twarz szalikiem. Po pieciu minutach, kiedy musiałem wciaż oprócz balansowania przy silnym bocznym wietrze, dbać aby mi szalik do polika nie przymarzł - zrezygnowałem. Lepiej czuć przeszywający mróz, niż odrywać szalik razem z wierzchnią warstwą skóry.

Robiło się późno, Słońce zachodziło...

...a my wchodziliśmy w coś podobnego do zamrażalnika.

Upał zdezydowanie zelzał. Wydawało się jakby razem ze Słońcem zeszło kolejne 5 stopni. Do schroniska na Wetlińskiej dotarliśmy już pod wygwieżdzonym niebem. A tam... cisza, spokój, słabiutkie światło z akumulatorów, jeden turysta, bodajże Jarek. Po prostu raj. Dorotka (szefowa, jakoś dziwnie trzeźwa) wyznaczyła nam pokój. Wrzuciliśmy bagaże, wybraliśmy łóżeczka i wróciliśmy na dół na jedzonko. Podczas, gdy w kuchni podgrzewano dla nas bigos, my umieściliśmy nasze szlachetne trunki na kominku. W ten sposob do dobrej kolacji piliśmy grzane wino. Wina było trochę wiecej niż tylko do kolacji, więc zabawiliśmy na dole trochę dłużej. Przy okazji dowiedzieliśmy się, ze 5 osób, które właśnie weszły, to zapoweidź większej wycieczki. Jakimś paskudnym zrządzeniem losu przybyli i inni turyści. Doprawdy, nie rozumiem, jakie licho pcha ludzi w taką pogodę, w taki mróz w góry?! I tak, zaczynaliśmy pić w praktycznie pustym schronisku, a kończyliśmy w zatłoczonym.

Poranek był straszny. Nieprzespane noce, literek "dobrego" wina... A tam nawet nie ma bieżącej wody, żeby sobie twarz umyć po ewentualnych porannych kłopotach. Zjadłem tylko lekkie śniadanko. Ciężko było. Miałem nadzieję, że zapełnenie żołądka coś pomoże. Jakże złudne to były nadzieje. Cóż, nie pozostało nic innego jak się ubrać i wyjść, przecież nie powiem kumplom, że nawet wstawanie sprawia mi kłopot.

Mróz i wiatr dopisywały, więc w pełnym rynsztunku przypomninaliśmy ufoludki... czy może wyprawę pod Stalingrad?

Po godzinie doszedłem do siebie. Mogłem podziwiać widoki, cieszyć sie świeżym powietrzem. Po 2-3 godzinach nastała wiosna. Zeszliśmy do Berechów. Tam krótki popas, herbata, czekolada, krótka rozmowa z pogranicznikiem, który musiał sprawdzic któż to schował się za budką, w której latem sprzedaje się bilety do lasu. I znów w górę na wysokość niewiele większą niż schronisko, w którym spaliśmy. Tuż przed kolejnym pokonaniem granicy wiosna-zima zrobiliśmy sobie następny odpoczynek - przecież z nikim się nie ścigaliśmy. W tle widać szczyt połoniny Wetlińskiej.

No i znów nastała zima: mróz jak diabli, wiatr taki, że mało duszy z chłopa nie wywieje. Dobrze, że mieliśmy plecaki, bo inaczej mogłoby nas zwiać z grani. A jak wiało to przedstawią dwie krótkie historyjki. Marek stanął na chwilę wytrzeć nos. Ustawił się oczywiście plecami do wiatru. Od nawietrznej przeszedł Albert osłaniając na chwilę Marka od wiatru. Ponieważ cały czas trzeba było kontrować siny wiatr, Marek prawie przewrocił się na Alberta. Po półgodzinie takiego łażenia weszliśmy za kawałek skały. Albert wszedł pierwszy i oczywiście mało się nie wywrócił, bo zabrakło mu wiatru. Zatrzymał sie, odwrócił i patrzył na nas, jak kolejno traciliśmy równowagę chowając sie za kamieniami. Korzystając z chwili ciszy zatrzymaliśmy się, zdjeliśmy kaptury. Okazało się to zbawienne dla Marka i Tunga, którzy pogonieni przez nas zaczęli sobie rozcierać zbielały czubek nosa, tudzież białą plamkę na poliku. Kiedy koledzy zczerwienieli w odpowiednich miejscach, ruszyliśmy dalej. Na grani wiatr mieliśmy z lewej. Szlak z Caryńskiej do schroniska Koliba skręca właśnie w lewo. Okazało się, że pierwsze 20 metrów, mimo że w dół, trzeba było pokonywać ze zwykłym wysiłkiem. Wiatr nie pozwalał nawet spaść. Miło zrobiło się dopiero pół godziny później, kiedy weszliśmy w las.

Koliba to przytulne schronisko, które nawet latem nie jest oblegane (no może nie wliczając długich łikendów). Teraz okazało się, że jesteśmy pierwszymi nocującymi turystami od ponad miesiąca. Ciepła herbatka podana przez atrakcyjną szefową (na zdjeciu z tatusiem) postawiła nas na nogi.

Noc przespałem na pryczy nieopodal wschodniego okna - wyjątkowo jasna Wenus zmusiła mnie do otwarcia oczek o mocno niecheścijańskiej porze. Przy czym, nie chodzi o to, że mnie raziła - sam chciałem popatrzeć! Jak wspominałem, schronisko było puste, więc każdy z nas miał do dyspozycji dwuosobowe łoże. Wyspaliśmy się za kilka porzednich nocy, czyli za noc w pociągu i drugą w niespodziewanie zatłoczonym schronisku na Wetlińskiej.

Następnego ranka, kiedy mróz zelżał do -15oC opuszczaliśmy urocze schronisko.

Po godzinie drogi byliśmy już w Bereżkach. Powolutku snujący się z kominów biały dym przypominał o mrozie. Postanowiliśmy uwiecznić piękny widok roztaczający się za naszymi plecami. Niestety, koledzy nie przystali na pomysł odsłonięcia gór i tylko ja zostałem w pozycji, jakbym...

Pare minut trzeba było przejść asfaltem - do Pszczelin. Przy okazji odkryłem, że opisywane w przewodnikach ślady kolejki z Ustrzyk Górnych do Sianek naprawdę istnieją w postaci nasypów, wąskich tarasów bądź przyczółków mostowych. Czy kogoś z czytających wzruszają te pozostałości po ciuchci? Mnie bardzo - i czuję się w tym wzruszeniu mocno osamotniony.

W Przczelinach, przez zachowany mostek kolejki, skręciliśmy na długą i trochę nudną drogę na Bukowe Berdo. Dobre dwie godziny marszu, cały czas lekko pod górę, z rzadka tylko mocno pod górę, całe szczęście że wiedzie przez piękny las.

"iść, ciągle iść w stronę Słońca..." - to nasze motto, czyli Marka i moje. Zaś Albert z Tungiem cały czas stawali i robili zdjęcia. Nie powiem, trochę nas to denerwowało, jednak bez tych ich ciągłych sesji, nie byloby tej stroniczki.

Już prawie dochodzimy na grań.

Jeszcze ostatnie spojrzenie na las. To niebo, to nie fotomontaż!!!

Wreszcie wleźliśmy na górę. No, może to za dużo powiedziane. Bukowe Berdo dalej cały czas powolutku, ale skutecznie pięło się w stronę słoneczka. Ale dzięki temu, że las się skończył, mogliśmy podziwiać całkiem ciekawe widoki. Na zdjęciu widać tę część Bukowego, po której już maszerowaliśmy; w oddali po lewej Caryńska a na prawo od niej, gdzieś na przełęczy Koliba (trzeba się domyślić, że tam jest). Nikt mi nie wmówi, że dla takich widoków nie warto iść paru godzin.

Słoneczko przyświeca - a te cienie po prawej na dole, to my. Obraliśmy kurs na przełęcz pod Tarnicą, tam gdzie latem czuwają w wojskowej dziesiątkce GOPRowcy

A teraz widok na wschód: pierwszy plan to nasze Bieszczady, ale na drugim planie są już ukraińskie góry

Słońce zachodziło, robiło się jeszcze zimniej. Strzałka pokazuje coś, co będzie lepiej widać jutro...

Następnego dnia, po długim marszu asfaltem z Wołosatego w kierunku Rozsypańca,pz podziwialiśmy nasze piękne słupki graniczne. Zawsze, kiedy jestem w tych okolicach, marzę o czasach, kiedy nie będzie granicy między nami a Ukrainą, lub kiedy będzie można ją przekraczać jak granicę województw. Nie to, żebym pałał miłością do Ukrainy - chciałbym chodzić po Bieszczadach bez niepotrzebnych przeszkód.

Rzut obiektywu na zachód: te punkciki po lewej u dołu to Wołosate. Natomiast teraz już chyba nie muszę pokazywać strzałką Tatr. Tak, tak! to Tatry! W linii prostej 200 km! Rzadko, ale zdarza się taka widoczność. I tu chwila teorii. Taka widoczność wymaga zjawiska o mądrej nazwie - inwersja. Musi być mróz, dość duży, bo dzięki temu z powietrza wytrąca się cała para wodna razem z zanieczyszczeniami. Zdaje się nie powinno być wiatru. Musi świecić słońce, dzięki czemu powietrze w górnych warstwach rozgrzewa się bardziej niż na dole (chyba od tego ta inwersja), a jak takie czyste powietrze na dodatek sie rozrzedzi (no bo ogrzane) to widoczność wzrasta nieprawdopodobnie.

Śmiali się ze mnie, że wziąłem karimatę. Ale dzięki temu mogłem sobie odpocząć, wygrzać się na słoneczku i kontemplować widoki.

Było naprawdę cieplusio (u góry po lewej Tarnica).

Budynek Straży Granicznej w Ustrzykach Górnych szalnie się nam spodobał - chyba mnie nie zamkną za publikowanie zdjęć tajnych obiektów?

Ostatniego dnia wybraliśmy sie na Rawki i tripleks za Krzeńcem. A zimno było wtedy... jak każdego dnia naszej wyprawy. Aparat cyfrowy nie chce współpracować ze zmrożonymi akumulatorkami; ledwo, ledwo wystarczają mu akumulatorki noszone w rękawiczce. Zatem z naszej międzynarodowej wyprawy nie ma zbyt wielu zdjęć. Pierwsze przedstawia Wietnamczyka na granicy polsko-słowacko-ukraińskiej (kolejność alfabetyczna).

A oto dowód przełamania granicy. Niektórzy z nas (nie będę pokazywał palcem) natychmiast wrócili na łono naszej kochanej Ojczyzny bojąc się deportacji do Hanoi. Być może przysłużyły się temu Marka ze mną pogaduszki na temat handlu żywym towarem, przemycania kolorowych z Ukrainy do Polski lub Słowacji, nieprawdopodobnie sztywnego podejścia do biurokracji słowackich pograniczników. Jakoś nam ten temat bardzo pasował do okoliczności.

Z powrotem przez Krzemieniec, Wielką i Małą Rawkę, dotarliśmy do schroniska pod Rawkami. Zaskoczona obsługa powitała nas bez zbytniego entuzjazmu częstując jajecznicą. Obfity ten posiłek został nam na długo w pamięci i dlatego, choć schronisko jest wewnątrz ladnie odremontowane nie zamieścilem zdjęć. Jak się postarają następnym razem i dadzą choć podwójną fasolkę po bretońsku - może wrzucę zdjęcia. Natomiast widok na przełęcz pod Rawkami przy zachodzącym słońcu z Albertem na pierwszym planie prezentuje się tak...

Mimo, że od przełęczy do Ustrzyk idzie się cały czas w dół, droga trochę się dłuży i trwa dobrą godzinę. Słoneczko zaszło, ale Straż Graniczna i tak czuwa - czasem to krępujące.

W Ustrzykach spaliśmy u GOPR-owców. Bardzo miłe lokum. Może ogrzewanie nas nie rozpieszczało (musieliśmy ogrzewać się innymi sposobami), ale za to warunki sypialno-sanitarne bardzo przyzwoite. Jakoś przypadkiem wdaliśmy się w pogaduszki z naszymi gospodarzami. Stwierdzili, że czteroosobowa grupa rzuca się w oczy o tej porze roku. Jak zwykle niedowierzałem. Niestety - na moje testowe pytanie typu: a gdzie byliśmy wczoraj popołudniu? - otrzymałem jak najbardziej poprawną odpowiedź i uwierzyłem. Błogosławieni, którzy nie pytali, a uwierzyli.

Wieczorem dogrzewaliśmy się piwem, tudzież dobrym, wisienkowym winem marki Szwoleżer - zgrana z nas paczka, prawda? (niestety bez fotografa)

Kaniec filma

i jeszcze raz od samej góry ;)