powrót do spisu WSZYSTKICH historyjek powrót do spisu JESIENNYCH historyjek

Pierwszy raz w Bieszczadach byłem w latach osiemdziesiątych. Już wtedy w planach było dotarcie do worka bieszczadzkiego, do grobu Hrabiny, do Sianek. Kiedyś może stworzę historyjkę martyrologiczną z tamtej wyprawy. Niestety zrobiliśmy wtedy krótką trasę i niewiele zdjęć, na dodatek czarno-białych.

Pomysł dotarcia do Worka wracał do mnie co jakiś czas. Było tak i tym razem. Anomalia pięknej pogody trwała od kilku tygodni. Można było liczyć na pięknie pokolorowane drzewa, a przy okazji na niezłą aurę w miejscu, gdzie co prawda coraz więcej turystów, jednak baza noclegowa pozostała na poziomie lat osiemdziesiątych.

Należało zatem dobrze opracować trasę, zrobić wywiad elektroniczny przeglądając dużo stron internetowych, forów, jak również pisząc emalie z zapytaniem do ludzi, którzy tam byli. Nie zamierzaliśmy brać ze sobą namiotu, zatem niezbędna była wiedza o potencjalnych dachach nad głową. Kluczowym dla trasy, a zarazem najmniej pewnym, okazał się schron Bieszczadzkiego Paku Narodowego przy potoku Negrylów. Dotarłem do zdjęć, do opisów, ale nie znalazłem żadnej informacji potwierdzającej, że jest on otwarty i w październiku, kiedy ruch turystyczny powoli zamiera.

Tak wędrowaliśmy

Opracowaliśmy trasę, dograliśmy terminy urlopów i ruszyliśmy. Wybierając wariant z nocnym autobusem, dotarliśmy do Sanoka na świtanie, albo i wcześniej. Niestety, w niedzielę nie kursuje autobus dogodnie spinający nasz transport aż do Cisnej. Otrzymaliśmy od losu ładnych parę godzin na zwiedzanie miasta, co uczyniwszy, podniosło zdecydowanie jego pozycję wśród miejsc ciekawych, ładnych, godnych polecenia.

Podróż pekaesem, szlakiem objazdowym przez Komańczę i Łupków, utwierdziła nas w przekonaniu, że będzie to piękna wyprawa. Widoki były olśniewające. Wielkie przestrzenie łąk i niewielkich pagórków na złączeniu Bieszczadów i Beskidu Niskiego, obwiedzione pokolorowanymi lasami rozświetlało cieplutkie, przedpołudniowe słońce. W tak pięknych okolicznościach przyrody, nie zważając na nieprzespaną noc, po prostu żyć się chce!

Cisną przywitaliśmy w okolicach południa. Razem z Agatą skierowaliśmy nasze pierwsze kroki do Urzędu Gminy. Była to niedziela wyborcza, termin wyjazdu pokrywał się z wyborami parlamentarnymi. Wiedziony poczuciem patriotycznego obowiązku (a może bardziej chęcią obrony naszego pięknego kraju przez zbytnią inwazją ptasiej grypy) postanowiłem głosować. W tym celu musiałem rozpocząć przygotowania do wyprawy na kilka dni przed wyjazdem, czyli nadzwyczaj wcześnie, jak na mnie, od wizyty w moim Urzędzie Gminy, aby otrzymać specjalny cyrograf.

Zagłosowałem. I muszę powiedzieć, że zmieniłem tym faktem dwie rzeczy w mojej rzeczywistości. Po pierwsze, miało miejsce pierwsze, wspomniane w tytule zawyżenie statystyk bieszczadzkich. Po drugie, ważniejsze dla mnie, zostałem na wiele lat odnotowany z imienia, nazwiska i adresu w urzędowych pismach Cisnej, co daje mi poczucie pewnego malutkiego wniknięcia w Bieszczady, zaistnienia. Może malutkiego, ale przyjemnego. Po trzecie – moi faworyci niestety i tak nie wygrali.

Zagłosowani, posileni ruszyliśmy tradycyjną trasą w kierunku Jawor(z)ca, czyli asfaltem do Dołżycy, potem szlakiem przez Falową. Właśnie na Falowej doznaliśmy pierwszego zanurzenia, zatopienia się w jesień, którą dotychczas tylko oglądaliśmy z pewnej odległości.

Falowa

Bardzo lubię ten szlak. Już na pewno nie raz o tym pisałem. Szczególnie lubię takie jedno miejsce, z pół godziny za szczytem, zagłębienie, ni to krater, ni to jar, otoczony z trzech stron, z czego dwie strony, to skały.

Przebrnąwszy przez góry, zeszliśmy na drogę łączącą Sine Wiry z Kalnicą. Albert zszedł pierwszy i z wrodzonym wdziękiem, tylko sobie znanym sposobem, nagle gdzieś się zapodział. Odnaleziony wytłumaczył, że przecież robił zdjęcia. Faktycznie, warto było robić.

Drzewo na wysokości schroniska Jaworzec

Nie muszę pisać po raz siedemnasty, że Jawor(z)ec to moje ulubione schronisko. Jako, że było nas pięcioro, zaklepaliśmy sobie najładniejszy pokój, z trójkątnym oknem, z widokiem na zachodzące słońce. Jakaś samotna, ubrana na czarno turystka próbowała nam się dokwaterować. Jednak podsłuchawszy nasze plany wczesnego wymarszu, natychmiast się wyprowadziła.

A plany mieliśmy poważne, bo chcieliśmy zaliczyć obie Połoniny i dotrzeć aż do Wołosatego. Zwarzywszy na to, jak i na trudy dotychczasowego marszu, koleżanka Agaty stwierdziła, że mimo wielu doświadczeń pielgrzymkowych, nie jest w stanie dotrzymać nam kroku. Postanowiła zmienić wariant wypoczynku na mniej aktywny przyłączając się do wspomnianej turystki na czarno. I jak w wierszyku o Murzynkach, zostało nas czworo.

Wedle postanowienia, zanim słońce spojrzało na schronisko, obudziliśmy załogę prosząc o wrzątek i spożywszy śniadanie, wyszliśmy. Podczas, gdy my dziarsko wędrowaliśmy w kierunku Smereka, poranne mgły nie pozwalały pozostałym śpiącym turystom przetrzeć rozespanych oczu.

Jaworzec o świcie

W marszu towarzyszyły nam sporadyczne, dalekie nawoływania jelenia. Na postoju, między łykami gorącej herbaty, próbowałem nawiązać z nim dialog. Wszak też jestem dorodnym samcem (tematyka strony, bardziej górska niż osobista, nie pozwala mi tu zamieścić rozważań na temat różnic w porożu).

idziemy na Smerek

Wyszedłszy z lasu, mogliśmy znów z pewnej odległości podziwiać jesień. Tu widok na północ, na zabudowania Zatwarnicy, a dalej na masyw Otrytu.

Zatwarnica ze zbocza Smereka

Po drodze do przełęczy Orłowicza dochodzi szlak z Zatwarnicy właśnie. Podchodziła nim, w wielkim trudzie i znoju, ekipa filmowa. Zdziwienie nasze wzrosło niezmiernie, gdy zasapani, już na przełęczy, zapytali czy nie widzieliśmy koni. Ano, od paru dni nie widzieliśmy, co oznajmiwszy zmęczonym wędrowcom, ruszyliśmy nie czekając na rzeczone konie.

Po paru minutach odwróciliśmy się, aby ujrzeć Smerek w ciekawym ujęciu - widać go w całej okazałości, z drogowskazami na przełęczy (ten mały biały punkcik po lewej).

Smerek

To też ciekawe - moim zdaniem Wetlińska wygląda tu całkiem niestandardowo.

Połonina Wetlińska

Szliśmy Wetlińską, szliśmy - aż usiedliśmy na małe conieco. Tam po lewej, w oddali, takie poziome, jasno-szare, to najprawdopodobniej zapora w Solinie.

Połonina Wetlińska

Spojrzenie na wschód - nie w poszukiwaniu cywilizacji, tylko rzut oka na, tak zwane dziś, Wysokie Bieszczady, czyli w kolejności: Chatka na połoninie Wetlińskiej, Połonina Caryńska, Szeroki Wierch, a zaraz za siodłowatą przełęczą Tarnica.

Połonina Wetlińska, Połonina Caryńska, Szeroki Wierch, Tarnica

Przeszedłszy Wetlińskią, mieliśmy piękny widok na Caryńską.

Połonina Caryńska

Znów Caryńska ale parę metrów niżej i parę metrów bliżej. Zachwyciła mnie kolorowa ściana lasu, dodatkowo zażółcona popołudniowym słońcem.

Połonina Caryńska

Zeszliśmy na dół, do Berechów. Było jasne, że Agatka nie da rady w naszym tempie przejść tej, dość długiej trasy. Rozstaliśmy się zatem, prosząc o załatwienie noclegu w Wołosatem.

Ponieważ nie chcieliśmy odpoczywać na dole, wśród samochodów, autokarów, ruszyliśmy w kierunku Caryńskiej. Zatrzymaliśmy się przy pierwszych drzewach, nieopodal resztek grekokatolickiego cmentarza. Siedząc na plecakach obserwowaliśmy parking. Spora grupa ludzi, z którą kilka razy mijaliśmy się przy zejściu, stała na dole i coś kombinowała. I niestety – wykombinowała. Mimo nienajwcześniejszej pory, ruszyli w górę, w naszym kierunku.

Przeszli obok. Czas naglił, więc musieliśmy ruszyć nie pozostawiając zbyt dużego dystansu. Niestety, tak jak przewidywaliśmy, wycieczka rozciągnęła się. Dość szybko wyprzedziliśmy ostatnich maruderów. Z tymi szybszymi maruderami mijaliśmy się kilkakrotnie przy postojach. W środku grupy szedł nieprawdopodobnie akustyczny facet. Cały czas gadał i gadał. Zagłuszał sapanie współtowarzyszy. Gadał głośniej niż wieczorne ptaszki, głośniej niż szum wiatru – zagłuszał wszystko co ciche, piękne i pożądane. W końcu przycichł i minęliśmy go, leżącego na wznak z rozłożonymi rękami, jakoś dziwnie czerwonego. Powyżej granicy lasu dotarliśmy do czoła wycieczki. Nie bardzo rozumiem, jak ich przewodnik mógł doprowadzić do takiego rozciągnięcia peletonu.

Napiliśmy się wody ze źródełka przy grani, zatrzymaliśmy się parę metrów dalej, przy małych skałkach. Wspomniana grupa Ślązaków również tu dotarła i usadziła się po przeciwnej stronie kamieni. Ruszyli dość szybko, bo mieli umówiony obiad w knajpie w Ustrzykach. Muszę przyznać, że w sumie, to i tak nieźle sobie radzili.

Uciszyło się. Wielki Ra zbliżał się swoim rydwanem do kresu dzisiejszej wędrówki, my wciąż byliśmy wysoko w górach i zupełnie nie mieliśmy konceptu, jak ten rydwan choć trochę spowolnić. Nasz ambitny plan przejścia obu połonin okazał się realny, choć lepiej byłoby to robić wtedy, kiedy dni są dłuższe. W tle Połonina Wetlińska, czyli miejsce naszego obiadowego przystanku.

Połonina Caryńska

Z Caryńskiej schodziliśmy sami, jako jedni z ostatnich turystów. Zachodzące Słońce uraczyło nas jeszcze piękniejszym oświetleniem jesiennych drzew niż na Wetlińskiej.

Połonina Caryńska - zejście w kierunku Ustrzyk

Nie udało się skontaktować z Agatą. Z urwanej rozmowy wywnioskowałem, że najprawdopodobniej mamy jakieś lokum.

Zrobiło się już ciemno, a my mieliśmy jeszcze obowiązek powtórnego zawyżenia statystyk. Udaliśmy się w tym celu do pięknego budynku Straży Granicznej (budynek można zobaczyć na zdjęciu w opowieści drugiej, w cyklu zimowym, o szadzi, albo z kamerki internetowej BPN).

Nie lubię tras, które wiodą tą samą drogą w obie strony. No nie lubię się cofać. Tak już mam. Dlatego Worek chciałem szturmować od Wołosatego, od Rozsypańca. Tym bardziej, że wiele razy przechodziłem przez Rozsypaniec i zawsze z pewną tęsknotą patrzyłem na pas graniczny, na który nigdy nie mogłem wejść (nie to, żebym bał się pograniczników – tam jest park narodowy, a ja, w miarę możliwości, unikam niszczenia przyrody i uznaję jej ochronę – pamiętajcie dzieci, żeby nie deptać trawników).

Aby przejść ten szlak należało mieć pozwolenie wydane przez Bieszczadzki Park Narodowy. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi, a szczególnie tych najaktualniejszych, czyli w sieci, pozwolenie takie jest niezwykle trudno załatwić, gdy nie jest się przewodnikiem, studentem piszącym pracę o roślinkach czy niedźwiadkach i temu podobnym. Poszedłszy po rozum do głowy, na odcinku wspomnianego pozwolenia postanowiłem wykorzystać Marka, a konkretnie jego miejsce pracy. Nie wdając się w szczegóły, jest to instytucja o adresie kończącym się gov.pl i mająca dużo wspólnego z ochroną przyrody.

Był to strzał w dziesiątkę. Marek wystosował pismo do BPN, na papierze firmowym, w firmowej kopercie, jednak uczciwie przyznając, że razem z paroma osobami chciałby turystycznie i rekreacyjnie przemaszerować przez zakazany teren. Gdy dwa dni później zadzwonił do Ustrzyk Górnych, pani z parku oświadczyła, że zezwolenie podpisane przez samego dyrektora już idzie do nas listem poleconym, priorytetowym.

Każdy napotkany, a znający się na rzeczy, zazdrościł nam tego zezwolenia, lub przynajmniej był zdziwiony. Tak też zareagował bardzo poważny funkcjonariusz Straży Granicznej, gdy oświadczyliśmy, że dnia następnego mamy zamiar skorzystać z pozwoleństwa. Skserował sobie zezwolenie, spisał nasze dane i niezmiernie kręcąc nosem, przestrzegał przed bardzo trudnym do odnalezienia szlakiem. W przeciwieństwie do nas, nie był zadowolony.

Udało nam się załapać na podwózkę na podłodze starego, dostawczego Volkswagena, dzięki czemu na kwaterze byliśmy dobrą godzinę szybciej. Agata znalazła dla nas chyba ostatnie dwa wolne pokoje w Wołosatem. Korzystając z bliskości baru (w Wołosatem wszystko jest blisko, no może poza leśniczówką) wstąpiliśmy na piwko. Była tam i nasza gospodyni. Przyznała, że tak długi sezon i brak wolnych miejsc, to naprawdę wyjątkowa sprawa.

Następnego dnia ruszyliśmy w zakazany rejon - worek bieszczadzki. Ostatni rzut oka na znany teren, czyli na szlak z Wołosatego na Rozsypaniec.

Rozsypaniec

To było dla mnie przełomowe przeżycie. Wiele razy docierałem w to miejsce (Marek sprawdzał tu słupki graniczne we wspomnianej wcześniej historyjce drugiej, zimowej o szadzi; kiedyś nawet spałem tu w wiacie w historyjce szóstej, jesiennej o poszukiwaniu Księżyca - niestety tylko opis, bez zdjęcia). Z lekkim niepokojem robiłem parę kroków w zakazany teren i zaraz zawracałem. Teraz droga stała dla nas otworem, oczekiwały Kińczyk Bukowski, Opołonek, Sianki. Po tylu latach doczekałem się. Uczucie było porównywalne do wizyty w pokoju nauczycielskim, czy kokpicie pilotów – rejon zabroniony dla zwykłych ludzi, ale czasem dostępny dla wybrańców spoza zamkniętego kręgu nauczycieli, pilotów czy strażników granicznych. Jak wejście do basenu po tym, gdy nagle doznałem olśnienia, jak się pływa, a nigdy tego nie robiłem. No dobra, dosyć rozczulania, bo i tak pewnie mało kto wczuje się w moje przeżycia.

Po pewnym czasie, dużo dalej od Rozsypańca, dużo bliżej Kińczyka Bukowskiego, tak widzieliśmy Rozszypaniec i Halicz.

Kińczyk Bukowski

Klimat przypomina troche Bukowe Berdo, głównie z racji wystających tu i ówdzie kamieni. Jednak rozległość, jak i spokój, czy wręcz pustka, przywodzi na myśl Bieszczady Wschodnie.

Ciekawostką dla mnie (niestety, nieutrwaloną na zdjęciu) były dość duże ilości okopów, śladów po ziemiankach i innych umocnieniach. Prawdopodobnie należy je wiązać z cmentarzem wojennym w Bukowcu. Raz wypatrzyłem wyraźne pozostałości kilku sąsiadujących ze sobą stanowisk karabinów. Współczuję żołnierzom, którzy musieli tu wspinać się pod ostrzałem, w ekwipunku. Tak to sobie rozmyślając dotarliśmy na Kińczyk Bukowski.

Kińczyk Bukowski

Na niewielkim, zagłębionym wypłaszczeniu, które mogło być pozostałością po wojskowym budyneczku obserwacyjnym (to wyłącznie moje domniemanie wysnute z porównania z budyneczkiem na Wetlińskiej) lub po jakiejś większej ziemiance z pierwszej wojny, urządziliśmy sobie mały popas. Byliśmy już mocno zaawansowani w dzisiejszej trasie, a z drugiej strony, wciąż niemało pozostawało przed nami. Dlatego też postój nie trwał zbyt długo.

Marek z Albertem wyrwali jak trzeba, ja zwolniłem kroku do Agaty i tak to odległość między nami zaczęła rosnąc. Uświadomiłem sobie, że markowe gadanie, że Agata może nie wytrzymać, niestety miało sens. Podjąłem decyzję.

Dogoniłem chłopaków, z ciężkim sercem oddałem im mapy z ponumerowanymi słupkami (idealne do orientacji w tym dzikim terenie), oddałem kompas i... popatrzyłem jak dziarsko idą przez wysokie trawy w kierunku Opołonka, którego jak żyję nie zwiedziłem i ze względu na trudności formalne, pewnie nie zwiedzę jeszcze przez ładnych parę lat.

 

Kiedy Artur dogonił mnie i Alberta mówiąc, że Agata nie da rady przejść całej zaplanowanej trasy i powiedział żebyśmy szli dalej sami przez chwilę nie wiedziałem co robić. W końcu byliśmy jedną grupą i tak trochę głupio było mi ich zostawiać. Była jeszcze jedna okoliczność. Mianowicie jakoś tak w planowaniu tej trasy i analizowaniu jej wcześniej zdałem się całkowicie na Artura i przyznam że zbytnio nie konfrontowałem przejścia z mapą uznając że Artur będzie trzymał rękę na pulsie. Niby mapa była dobra z oznaczonymi słupkami. W zasadzie powinno być prosto, no ale czy tak czy inaczej to musiałem się teraz zainteresować tą kwestią i przemóc zaplanowane wcześniej topograficzne lenistwo. Trochę więcej czasu zajęło mi przełamywanie oporów natury moralnej związane z rozdzieleniem się. Ale z drugiej strony mieliśmy pozwolenie na przejście właśnie w tym terminie. Potem było nieważne. Było mi trochę głupio, ale w końcu zdecydowałem. Albert postanowił tak samo. Idziemy.

Zaczekałem na spokojnie idącą Agatę, która raczej nie uświadamiała sobie, jak jest mi ciężko. Jeszcze przez parę minut widzieliśmy szybko idących chłopaków, jeszcze raz pomachaliśmy sobie, gdy dotarli na kolejny mały szczycik... i zniknęli.

 

Widziałem jak z ciężkim sercem Artur oddaje mi mapę i kompas. Mapę wziąłem ale przy kompasie zaoponowałem: Bierz kompas. Będziesz szedł przez las, a my lecimy przecież wzdłuż słupków granicznych. Mamy mapę. Nie zginiemy. Sam nie wiem jak to się stało, że Artur jakoś tego kompasu nie wziął, a ja go zatrzymałem. Ruszyliśmy z Albertem ostro. Droga była długa, a my mieliśmy jeszcze daleko do końca trasy. Wspięliśmy się na ostatni pagór przed wejściem do lasu. Przystanęliśmy. Rozejrzeliśmy się. Z tyłu poniżej zobaczyliśmy sylwetki Agaty i Artura. Pomachaliśmy im i ruszyliśmy w dół.

Zostaliśmy sami. Z mapą, ale bez kompasu, jak również bez pozwolenia na przejście przez park. Po mniej więcej godzinie od rozstania, dotarliśmy do miejsca, gdzie granica zmieniała kierunek ze wschodniego na południowy. Tu ruszyliśmy na skróty do schronu w Negrylowie obierając kurs północno-wschodni. Droga czy choćby ścieżka, na którą liczyłem nie pojawiała się. Brnęliśmy przez pozostawiony samemu sobie las. Trochę dalej weszliśmy na teren ścinki drzew. Przy okazji znalazła się i droga. Nawet prowadziła w mniej więcej dobrym kierunku, o ile moje wyznaczanie kierunków świata na podstawie słońca było dobre.

I nagle się wściekłem: Jak to? To tu jest Park Narodowy, a oni rżną drzewa?! Czy to, że tu nikt nie przychodzi i nie widzi uprawnia ich do ścinki? Jak wrócę, to poruszę ten temat na forum bieszczadzkim! Do Lasów Państwowych, ochrony środowiska i Zielonych napiszę! Szkoda, że nie mam aparatu, żeby to wszystko utrwalić. Powoli mijała moja wściekłość, przewagę brał zdrowy rozsądek i obserwacje. Zwalone przez drogę drzewa uświadomiły mi, że odkąd się przewróciły, żaden pojazd tędy nie przejechał. I tak nagle jak początkowa wściekłość przyszło olśnienie - to jest stary ślad po działalności człowieka. Gdy parę lat temu Park Narodowy zaanektował to miejsce, najprawdopodobniej wypędził drwali z dnia na dzień. Zdążyli tylko zabrać siekiery. Zostały zwalone drzewa, rozjeżdżona droga.

 

Teren obniżał się i wkrótce wszedł w las. Szło się bardzo dobrze. Szliśmy wydeptaną lekko ścieżką, pewnie przez służby graniczne obu stron. Lecieliśmy jak po sznurku, bo słupki stały tu co prawda rzadziej, ale pas graniczny w lesie był wycięty i słupki były widoczne z daleka. Ze strony ukraińskiej nawet widzieliśmy czasami znaki jakiegoś szlaku turystycznego. Zerkałem co jakiś czas na mapę sprawdzając numery słupków, żeby zorientować się jak szybko się posuwamy. Tempo mieliśmy bardzo zadowalające i wkrótce znaleźliśmy się na Opołonku. Góra ta ma bardzo szeroki grzbiet porośnięty wysokimi trawami. Szliśmy i nie mogliśmy dostrzec słupka granicznego. Wreszcie coś mi zamajaczyło przez trawy i krzyknąłem: Jest! Albert też go zauważył. Przynajmniej tak mi się wydawało. Ale gdy ruszyłem do słupka, który dojrzałem okazało się, że Albert też idzie, ale 90 stopni w lewo trochę do tyłu. Obaj zobaczyliśmy dwa różne słupki. Sprawdziliśmy ich numery. Okazało się, że granica skręca tutaj o 90 stopni i ten Albertowy jest kolejny. Zrozumieliśmy, że to jest to miejsce o którym mówił poprzedniego dnia oficer Straży Granicznej w Ustrzykach, uprzedzając że łatwo tam się zgubić i że już nie raz turyści tracili orientację na Opołonku i schodzili na stronę ukraińską. Potem ich Ukraińcy przywozili w kajdankach do przejścia granicznego, a goście dalej mieli problemy natury formalnej: jakieś mandaty, wbijanie do paszportu stempli z zakazem wjazdu na Ukrainę przez ileś tam lat itp. Jakkolwiek atrakcyjnie by to nie brzmiało my jednak woleliśmy zakończyć naszą trasę w Negrylowie. Stanęliśmy, żeby przeanalizować mapę i otaczający nas teren. Kurczę nie było łatwo. Ścieżka którą dotąd szliśmy skończyła się a w zasadzie poszła na stronę ukraińską, co w sumie dla nas było jedno i to samo. Dookoła był las, a pas graniczny który do Opołonka był wycięty, dalej był porośnięty drzewami tak, że z góry nie sposób było się zorientować, gdzie idzie granica, a słupka też nie było widać. Albert stwierdził że zejdzie w dół w tym kierunku, w którym nam się wydawało, że iść należy i poszuka słupka. Nie było go jakiś czas aż wreszcie mnie zawołał. Nie znalazł słupka, ale za to zobaczył jakieś stare chyba jeszcze radzieckie zasieki graniczne, a w zasadzie ich pozostałości. Wyciągnąłem kompas. Jak dobrze, że nie oddałem go Arturowi. Nie dało się iść wzdłuż granicy bo teren był bardzo gęsto porośnięty. Szliśmy więc wzdłuż brzegu starego i młodszego lasu licząc, że idziemy wzdłuż pasa granicznego. Cały czas kontrolowałem kompas, bo nie dało się iść w linii prostej i trzeba było trochę kluczyć. Minęło już 10, 15 minut, a słupka jak nie było tak nie ma. Wiedziałem że idziemy w dobrym kierunku, ale zacząłem się zastanawiać czy nie odeszliśmy za daleko od granicy. Zależało nam żeby trzymać się pasa granicznego, bo na wysokości Sianek chcieliśmy dojść do ścieżki dydaktycznej parku narodowego i następnie dostać się do Negrylowa. Kiedy zaczynałem powoli kombinować co robić jeśli faktycznie odbiliśmy za bardzo, dostrzegliśmy upragniony słupek ledwo widoczny wśród krzaków. No to byliśmy w domu. Za czas jakiś pas graniczny znów się przerzedził, a nawet wróciła ścieżka. Zrobiliśmy sobie zdjęcia przy słupku 222 i coraz bardziej rzedniejącym lasem ruszyliśmy w kierunku Sianek.*

Albert z Markiem pomiędzy Opołonkiem (słupek 215) a źródłami Sanu (słupek 224), wirtualnie połączeni z dwóch ujęć. Bardzo im zazdroszczę, że tam dotarli.

Opołonek, źródła Sanu, słupek 222

Schodziliśmy coraz niżej. Dotarłszy do drogi, ponownie rozdzieliliśmy się. Agata poszła na północ, szukać hipotetycznego póki co schronu w Negrylowie, ja pobiegłem na południe, na spotkanie chłopakom. Chciałem ich dopędzić od drugiej strony, od Sianek. Plecak zostawiłem w krzakach, nieopodal drogi i najszybciej jak potrafiłem, szedłem na spotkanie. W ekspresowym tempie minąłem bobrzą tamę i grób Hrabiny. Zamierzałem dotrzeć do granicy, zaczaić się w chaszczach, a gdy będą nadchodzić, obniżonym głosem, udając ukraiński akcent zawołać głośno: a wy kuda?!.

 

Jakoś tak trochę mimowolnie zapomnieliśmy o źródłach Sanu i minęliśmy je pomimo. No trudno.*

Źródła Sanu

Byli szybsi. Nie doszedłem nawet do wielkiej łąki z widokiem na ukraińskie Sianki. Jednak koledzy byli tak mili i zawrócili, by za kilka minut stanąć we trzech i popatrzeć na dworzec kolei Lwów-Budapeszt.

 

Za to nie przeoczyliśmy początku, a w zasadzie końca ścieżki dydaktycznej BPN. Przy kępie drzew, na brzegu lasu dostrzegliśmy tablicę informacyjną i znaki ścieżki.

A więc przejście worka się dokonało. Wyjęliśmy jedzenie i picie. Zapatrzyliśmy się na widoczne z oddali Sianki.*

Sianki w całej swojej okazałości. Ileż wspomnień łączy się z tym miejscem, ileż westchnień - jak również ciągły niedosyt. W połowie lat 90-tych przesłuchiwali mnie tam ukraińscy pogranicznicy, potem przetrzymywali przez godzinę czy dwie na strażnicy, a następnie odprowadzili we trzech z kałaszami i psem, na stację i zostali do drugiej w nocy, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście wsiądziemy do pociągu. W 2004 mogliśmy tam, za granicą, na dworcu, upić się z kolejarzami w trupa, a siedzieliśmy w wielkiej i pustej stałowej (wyprawa przedstawiona w siódmej historyjce, letniej na Pikuja). Czyżby przez samo wspomnienie samogonu, Albertowi zdjęcie wyszło tak, jakby pociągi jechały w lewo w dół?

Sianki

Na terenie przedwojennego majątku w Siankach zagnieździły się bobry. Całe to jeziorko jest wynikiem ich żmudnej pracy. Zapora miała jakieś 1,5 do 2 metrów wysokości, a od góry była ślicznie udekorowana błotem wyklepanym małymi łapkami. Mimo, że było już późne popołudnie, żeby nie powiedzieć wczesny wieczór, leniwie podziwialiśmy to dzieło licząc, że Agata, tak jak wczoraj, zdążyła już nam zaklepać nocleg.

Jezioro bobrów w Siankach

Po najwyżej godzince spokojnego marszu szutrową droga, znalazłszy mój nietknięty plecak, dotarliśmy do zabudowań. Dwa budynki nieopodal wyglądały sympatycznie, w przeciwieństwie do baraku tuż przy drodze. Weszliśmy do niego uważnie stąpając po niestabilnej podłodze. Na samym końcu długiego korytarza, w części murowanej, vis a vis pokoju z totalnie urżniętymi robotnikami leśnymi, znaleźliśmy lokum, schronienie i Agatkę.

Podobno miała nawet trochę kłopotów z sąsiadami, ale sympatyczny leśniczy uratował ją w opresji. Rozejrzeliśmy się: trzy łóżka nakryte średniej czystości kocami, podłoga z wyraźnie zużytych desek, okienko, wisząca smętnie z sufitu żarówka na kablu, do którego nie udało nam się wypatrzeć wyłącznika i w kiepskim, ale sugerującym sprawność stanie kuchnia węglowa.

Po pierwsze, póki widno, należało zgromadzić opał. W miejscu, gdzie rąbano drewno było dużo sporej średnicy okrąglaków i żadnej siekiery. Aby znaleźć trochę odpowiedniego opału, trzeba było dobrze przeszukać okolicę. Nanieśliśmy drewna. Jako dobrze przygotowany turysta wyciągnąłem zapalniczkę, menażki i rozpocząłem gotowanie. Chłopaki co chwila przynosili kolejny termos wody z pobliskiego kranu – najprawdopodobniej rozpoczynającego się w potoku. Zjedliśmy niezliczoną ilość zupek, wypiliśmy ogromną ilość herbat – sądząc po wielości transportów wody, nagotowałem chyba z wiadro wrzątku.

W pokoju zrobiło się cieplej, nam było dużo milej na duszy po wypełnieniu żołądków ciepłym żarciem. Gdy zaszło słońce sympatyczny leśniczy włączył agregat. Nawet próbował z nami rozmawiać, bo wydawało mu się (i słusznie), że nie przyszliśmy jedyną legalną drogą, ale bojąc się jego reakcji na moje z Agatą nielegalne przejście przez Park, nie podejmowaliśmy głębszej rozmowy.

Na miłych rozmowach i układaniu się do snu dotrwaliśmy do dziesiątej wieczór i ponownie natknęliśmy się na problem braku wyłącznika do palącej się żarówki. Jednak zanim podjąłem próby zestrzelenia jej butem, nasz dobry duch – leśniczy, wyłączył agregat. Zasnęliśmy w cieple, ciszy i spokoju.

Nocą nadeszły jedne z pierwszych październikowych przymrozków, nam, żyjącym na nizinach, nieznanych o tej porze roku. Przypłaciłem to katarem, dla odróżnienia kran, z którego czerpaliśmy wczoraj wodę – zamarzł.

Następnego dnia ruszyliśmy do Beniowej. Wąską dróżką poprzez zarośla wyszliśmy na piękną, szeroką łąkę, pozostałość po całkiem sporej wsi. Od jednej strony zamykały ją San i tory ukraińskiej kolei, od drugiej lasy wspinające się na niewielkie pagórki. Na środku, wśród kępy drzew zostało kilka nagrobków i ślady fundamentów cerkwi. Nieopodal rośnie bardzo stara lipa, samotna pozostałość po gospodarujących tu niegdyś ludziach.

Idąc dalej, wąską dróżką łączącą ten przeszły, zapomniany świat z cywilizacją, podziwialiśmy widoki na najwyższe partie Bieszczadów - które niby dobrze znane, a jednak z tej perspektywy wyglądają zupełnie inaczej.

Beniowa

Ruszyliśmy w kierunku Tarnawy. Minęliśmy drogę na Bukowiec, który położony był w pięknej dolinie zamkniętej zwiedzanym wczoraj Kińczykiem Bukowskim. Ponownie skojarzyłem wspomniane wcześniej umocnienia na Kińczyku i zapomniany cmentarz wojenny w Bukowcu.

Przeszliśmy przez kolejny pagórek, znów ukazała nam się dolina Sanu. Od naszej drogi, która nie wiadomo kiedy stała się już asfaltowa, odchodziła na wschód betonówka. Najprawdopodobniej pozostałość po Iglopolu, który za socjalizmu skolonizował połowę Bieszczadów niszcząc pozostałości po ludziach i naturę. Gdzieś w oddali majaczyły jakieś zabudowania. Zaintrygowały nas. Pozostawiwszy plecaki pod troskliwym okiem Agaty, ruszyliśmy po betonowych płytach na spotkanie z nieznanym. Wkrótce, okazało się to być jednak dosyć daleko. Ale w tym momencie zainwestowana droga i ciekawość przemawiały za dalszym marszem. Weszliśmy na wysoki brzeg Sanu. Z okolic słupka granicznego roztaczały się piękne widoki na ukraińską stronę. Głównym obiektem zabudowań okazała się cerkiew z rudą od rdzy kopułą. Reszta to jakieś socjalistycznie przeróbki starych domów na pegeer czy miejsce przymusowej pracy. Przecięliśmy jakiś wąski taras – zgaduję, lub raczej chcę, aby to były ślady wschodniej linii kolejki bieszczadzkiej. W pewnym momencie, od naszej betonówki odchodziła boczna, polna droga. Bujne, wysokie zielsko porastało zalewowe tereny wokół Sanu. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, pośród tej zieloności sięgającej nam po pas i wyżej, wyraźnie było widać ślady pojazdu. Emocje rosły w miarę zbliżania się do granicy. Tuż przed rzeką ślady zawracały.

San w Sokolikach Górskich ma około 2-3 metry szerokości, brzegi przeważnie płaskie, czasami wysokości metra. Właśnie z takiej skarpy schodziła do rzeki wyraźna ścieżka. Dwa ślady buta w mule, w dużej odległości od siebie musiały pozostawić przynajmniej dwie osoby. Szły do Polski. To był przemyt ludzi z któregoś z biedniejszych krajów Azji? A może przenosili narkotyki czy kałasznikowy i wracali uważniej, nie zostawiając śladów? Z lekką obawą rozejrzeliśmy się po okolicy. Faktycznie, było to genialne miejsce przerzutowe. Z dala od asfaltu, a jednocześnie po długiej betonowej bocznej drodze nie zostawia się śladów kół. Po drugiej stronie są zabudowania, kompletnie opuszczone, idealne wprost na pozostawienie żywej czy martwej przesyłki, albo na wyczekiwanie. Po obu stronach dogodny dojazd. Lekki dreszczyk przechodził po plecach na myśl, że ktoś może nas obserwować z tamtej strony. Porzuciłem pomysły przejścia, choćby dla draki, na metr czy dwa na tamtą stronę. Sokoliki pozostały niezbadane, zachowały swoją nową tajemnicę.

Cerkiew, okolice Sokolików

Wróciliśmy do Agaty. Po paru kilometrach trafiliśmy na ciekawie udostępnione do zwiedzania torfowiska. Gorąco polecam ścieżkę-mostek, którą wędruje się kilkanaście minut nad niesamowitym, podmokłym światem.

I znów razem mijaliśmy nieistniejące wioski, zarośnięte cmentarze, zarysy nasypu i rozebrane mosty zlikwidowanej dziesiątki lat temu kolejki leśnej. Dolina Sanu jest przepiękna. Może moje zainteresowanie jest podbudowane sentymentem, pewną romantycznością tego przymusowo wyludnionego miejsca? Idąc wymyśliłem sobie trasę na kolejny wyjazd na Ukrainę. Otóż chciałbym przejść się wzdłuż Sanu, ale drugim brzegiem. Zobaczyć ile po tamtej stronie zostało, dotknąć mury cerkwi w Sokolikach. A może wrócić na Opołonku przez zieloną granicę? Byłoby czym chwalić się wnukom, że granicę unijną przeszedłem na lewo.

Ślady nasypu kolejki skręciły w lewo, a i droga podążyła niedługo w tamtym kierunku - czyli dochodziliśmy do Tarnawy. Przeszliśmy koło rozpadających się lub rozbieranych wielkich zabudowań pegeeru, czy wspomnianego Iglopolu i zatrzymaliśmy się koło jedynego hoteliku. Ni to barak, ni to co, ale zwie się hotelem. Dostaliśmy dwie dwójki na przeciwko siebie. Udało nam się załatwić coś do zjedzenia na stołówce i poszliśmy do swoich pokoi. Zgłębiałem przewodnik, gdy ciszę zaczęły przerywać mniej czy bardziej regularne uderzenia. W pewnym momencie coś gruchnęło, huknęło i... ustało. Potem usłyszałem śmiech Marka. Okazało się, że ten czyścioch wlazł do wanny, która nie była dostatecznie dobrze umocowana i razem wywalili się w czasie kąpieli.

Rano obraliśmy kurs na Muczne, czyli drogą poprowadzoną trasą kolejki. Była to bardzo kręta i niebezpieczna trasa. Tu dość długi i wysoki most był zbudowany na ostrym zakręcie. Pewnie było to jedno z tych miejsc, opisywanych w przewodnikach, gdzie maszyniści puszczali pociąg na wolnym biegu, a sami, z obawy o możliwość wykolejenia, szli drogą obok. Jak wszystko co zwiazane z kolejką, bardzo mnie poruszył ten widok. Popatrzyłem na filary, popatrzyłem na pieczołowicie ułożone warstwy kamieni, wcięcia do kotwienia konstrukcji pokładu mostu i wyobraziłem sobie, jak to mogło wyglądać w latach 20.

Most kolejki bieszczadzkiej

W Mucznem, mimo ciężkich chmur, wróciliśmy na utarte szlaki poprzez Bukowe Berdo.

Bukowe Berdo

Nie byłoby historyjki, bez zdjęcia lasu. W czasie schodzenia z Bukowego do Pszczelin, pogoda kiepściła się coraz bardziej, ale lekka mgiełka tylko dodała uroku.

Bukowe Berdo

W Przczelinach, ze smutkiem zobaczyłem, że mostek kolejki, przez który biegł szlak, zawalił się. Dalej szlak biegnie asfaltem. Jeszcze tylko most przez Wołosaty i wychodzimy przez Bereżki na szlak do Koliby.

Wołosaty

Deszcz w końcu nas dogonił. Mimo, że było już bardzo blisko, wszyscy wyciągnęliśmy kurtki. Marek z Albertem, jak trzeba, po szlaku, dotarli do schroniska parę minut przed nami, mimo, że prowadziłem Agatę skrótami przez przepiękne wąwozy.

A w Kolibie było jakoś inaczej. Po pierwsze, zmieniła się szefowa - dobrze, że równie miła jak poprzednio. Po drugie, schronisko zostało uporządkowane i, co najważniejsze, grała dobra dżezowa, czy blusowa, cicha muzyka. Stwarzało to nieprawdopodobnie ciepły, przytulny, domowy nastrój, nieprawdopodobnie kontrastujący z początkami jesiennej pluchy za oknem. Mógłbym tam siedzieć całymi dniami i rozkoszować się spokojem. Zupełnie nie przeszkadzał mi dziwny gość, który przyszedł tu o kulach. Podobno połamał nogi wspinając się po skałkach bez ubezpieczenia, dla większej adrenaliny. Opowiadał jak podglądał orły. Dużo opowiadał. Jeśli choć połowa była prawdziwa, to umiał sobie życie urozmaicić.

Być może była to nasza ostatnia wizyta w Kolibie. Podobno wreszcie, po dwudziestu, czy trzydziestu latach, mają wybudować większy obiekt; niestety aktualny zostanie rozebrany. Było nam z tego powodu smutno, jak drzewom w okolicy.

Okolice schroniska Koliba

Rano ponownie rozdzieliliśmy się: ja z Agatką poszedłem doliną przez Caryńskie. Jak po większości wsi, ślady już prawie nie są widoczne. Natomiast dolinę polecam dla samych widoków.

Albert z Markiem zaliczyli niezłe błocko, a przy okazji Magurę Stuposiańską.

Magura Stuposiańska

Spotkaliśmy się w Dwerniku przy znajomej knajpie. Kiedyś Włodek Łodziowy opowiadał nam tu historię swojego życia. Tym razem przyglądaliśmy się dwóm pijanym facetom, którzy ruszali w drogę opłakanego stanu maluchem. A wychudzony facet malujący obrazy na ścianach wyglądał niezmiernie podobnie do tego, który kilka dni temu ozdabiał podobizną Lutka schronisko na Wetlińskiej. Reasumując, niezapomniany klimat pogeesowskiej spelunki bieszczadzkiej.

Przez most na Sanie szliśmy znów we czworo.

San, Dwernik

Na koniec poszliśmy sprawdzić jak postępują prace na Otrycie. Opiekun schroniska siedział znudzony, Albert bawił się z psem, Marek oglądał obiekt z zewnątrz silnie krytycznym okiem, a my z Agatą weszliśmy do środka. Muszę przyznać, że wizja lokalna wypadła bardzo dobrze - schronisko odbudowali większe, ale układ pomieszczeń, charakter całości pozostał wyraźnie znajomy. Kominek jest znacznie większy, ale w znajomym miejscu. Widok w kierunku połonin niby ten sam, a jednak z lekko wyższej perspektywy. Pokoi jakby więcej. Przestrzennie, ale całkiem przytulnie.

Agata znalazła gitarę, jakieś śpiewniki. Na parę minut ożywiła schronisko muzyką. W życiu piękne są tylko chwile, więc po kwadransie ruszyliśmy dalej.

Otryt

Na ostatnią noc dotarliśmy do Lutowisk. Dzięki temu teraz już wiem skąd oglądam obrazki z kamerki onlajn.

Kaniec filma

* przypis Marka

i jeszcze raz od samej góry ;)